Saturday, 28 July 2012

Goodbye Malaysia, goodbye KL


Ostatni dzień wakacji. Zaczynamy od poszukiwania świątyni Sikhów.  Na mapie wydaje się niedaleko i jak zwykle zleźliśmy się jak frajerzy w tym upale zamiast wziąć taksówkę i podjechać na miejsce. Już prawie traciliśmy nadzieję, że znajdziemy to miejsce, ale się udało.  W świątyni czeka nas bardzo miłe przyjęcie.  Jeden z guru, pochodzący z Indii, oprowadza nas i opowiada o ich religii, Złotej Świątyni w Amritsarze w  Pundżabie i tutejszych wyznawcach. Układ świątyni jest trochę nietypowy: obszerna sala modlitwy znajduje się na pierwszym piętrze, a na parterze… ogromna stołówka. Po modlitwie wierni schodzą tu na wspólny posiłek. Teraz nie ma zbyt wielu ludzi, ale kuchnia działa i  zostajemy zaproszeni do skosztowania hinduskich dań. Takich propozycji to my nigdy nie odrzucamy.





Posileni ruszamy ku kolejnej świątyni. Teraz naszym celem jest położona na wzgórzu buddyjska świątynia Thean Hou (tym razem bierzemy taksówkę).  



Stąd już tylko udajemy się na Central Market, kupujemy parę pamiątek i … to już naprawdę ostatnie chwile w gościnnej Malezji. Jeszcze tylko kolacja w znanej nam już hinduskiej restauracji w Little India i czas się pakować. Jutro rano nas długi dzień.  Dłuższy o sześć godzin ze względu na różnicę czasu między Kuala Lumpur i Madrytem. Terima Kasih. 

Friday, 27 July 2012

Rezerwat słoni (Panang) i Chinatown w KL

Trochę byczenia się w hotelu o poranku i koło jedenastej ruszamy z dość prostym planem: zjeść szybkie śniadanie i na dwunastą wrócić pod hotel, gdzie jesteśmy umówieni z naszym chińskim taksówkarzem. Ma nas zawieźć do rezerwatu słoni. Plan w sprawie śniadania dość prosty w sumie, ale okazuje się, że wcale nie taki łatwy do zrealizowania. W końcu jest ramadan! Krążymy chwilę po okolicy i w końcu dajemy za wygraną: wydaje się, że jedynym lokalem gdzie można tu coś zjeść jest McDonald’s. Daniel oczywiście zachwycony. 

Rezerwat słoni jest oddalony o jakieś 100 km od KL (jest w Kuala Gandah Lanchang, Pahang). Wielka atrakcja dla Daniela, dla nas … hm.  W Laosie wsiedliśmy na słonie, odbyliśmy godzinną przechadzkę po lesie (każdy na „swoim” słoniu, łącznie z wejściem na słoniu do rzeki).  Tutaj stoi kolejka, żeby wejść na słonia i zrobić małe kółko.  Potem następna kolejka, żeby usiąść na chwilę na słoniu w rzece i zrobić sobie na nim zdjęcie. Biedny słoń. Siedzę w cieniu z Aleksem i przyglądam się tej „przygodzie”. Wdaję się w miłą pogawędkę z polską rodzinką z Wrocławia.  







Prawdziwa przygoda czeka nas w drodze powrotnej. Nasz taksówkarz spotkał jakiegoś kumpla i teraz wyciska wszelkie siły ze swojego zdezelowanego protona (marka większości taksówek w Malezji), aby go dogonić. Samochód zaczyna się grzać.  Zwalniamy, wreszcie zatrzymujemy się przy straganie z durianami.  Wreszcie mamy okazję spróbować ten słynny owoc. Bleee. Nie polecam. 


Ale wracając do naszego nieszczęsnego taksówkarza, okazuje się, że poszła jakaś rurka od chłodnicy. A jesteśmy jeszcze z 50 kilometrów od KL, na poboczu trasy szybkiego ruchu.  Przy tym nieszczęsnym straganie z durianami.

Cóż, nie będziemy tu tak sterczeć, autostopu całą rodziną jeszcze nie próbowaliśmy, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Nie mija dziesięć minut, a zatrzymuje się nam Hindus jadący półciężarówką. Pakujemy się wszyscy do szoferki i szczęśliwie docieramy do stacji kolejki KL. 



Kolacja w Chinatown (da się jeść pałeczkami trzymając jednocześnie niemowlę i karmiące je butelką!) i dość wrażeń na dzisiaj. 

Thursday, 26 July 2012

Powrót do Kuala Lumpur

Uff. Po miłym i spokojnym dniu lekko upiorna nocka (nie wiedzieć czemu, zupełnie wbrew ustalonym dotąd regułom). Aleks z trudem zasypia koło północy, a potem budzi się co dwie godziny: o drugiej, o czwartej.  Za to po szóstej, kiedy już musimy się zbierać, on oczywiście śpi w najlepsze i nawet powieką nie ruszy kiedy zapalamy światło, pakujemy się, przekładamy go na łóżko, żeby spakować jego namiocik… Wrr.  

Śniadanie w biegu i ruszamy na lotnisko.  0koło 10.30 już jesteśmy znów w Kuala Lumpur. Zostawiamy bagaż w hotelu i ruszamy w miasto. Poczta, wczesny lunch i ruszamy do Muzeum Sztuki Islamskiej.  Po wyjściu z muzeum „łapie” nas chiński taksówkarz i koniecznie chce nas zawieźć na oglądanie świetlików.  To gdzieś poza Kuala Lumpur więc już nam się nie chce dzisiaj, ale umawiamy się na jutro na wyprawę do rezerwatu słoni (Elephant’s Sanctuary).

Upewniam się jeszcze czy nie jest muzułmaninem (jest Chińczykiem więc nie wygląda na muzułmanina, ale tu taka mieszanka, że nigdy nic nie wiadomo).  Na szczęście jest buddystą.  Nie żebym miała coś przeciwko muzułmanom, ale nie chciałabym żeby wiózł nas w dalszą trasę staruszek, który cały dzień nic nie je i nie pije z racji ramadanu (już to przechodziliśmy w drodze do Kuala Besut i trochę martwiłam się o nasze bezpieczeństwo). 

Tymczasem sympatyczny Chińczyk podrzuca nas do najbliższej stacji kolejki, a my ruszamy na wieżę Menara podziwiać panoramę miasta i widok na wieże Petronas w szczególności.  



Aleks chyba miał dzisiaj za dużo wrażeń, bo robi się już trochę marudny (cóż, lot z Kota Bharu do KL, muzeum, wieże. To chyba dość sporo dla malucha, nawet dla takiego globtrottera).  Na dodatek zabrakło porcji leniuchowania i pieszczot.  Więc po zaliczeniu widoczków wracamy do hotelu i już nawet nie wychodzimy na kolację.  Dzieci padnięte, Javi idzie kupić coś na wynos i zostajemy w hotelu. Prawie sami, bo zmęczone dzieciaki odpłynęły dość szybko.

Wednesday, 25 July 2012

Leniuchujemy dziś!

Dziś drugi chyba w czasie tych trzytygodniowych wakacji dzień prawdziwego wakacyjnego leniuchowania. Nie ruszamy się z naszego ośrodka (Perdana Resort) przez cały dzień. 


Rano Javi z Danielem wypożyczają rower tandem na godzinkę, potem ja się udaję na plażę.   Popływać i spalić się trochę od drugiej strony, żeby nie było takiego kontrastu. Prawie mi się udaje. 



Potem basen – też na dwie tury.  Aleks dziś w bardzo pogodnym nastroju, ale odstawia dłuższe drzemki więc nie chcemy go ruszać.  Niech i on ma dzień wakacyjnego leniuchowania, dość czasu spędza w nosidełku i w trasie. Śpi jak suseł.  



A basen ma dziś dodatkowo uruchomione strumienie wody, które przyjemnie chłodzą od góry. No i jest bardzo kameralnie: jedynie holenderska rodzinka i my.



Kolacja ponownie w hotelu – znowu obfity bufet ramadanowy.  No i zdaje się, że pościmy prawie jak tubylcy, jakoś znów przepadł nam obiad. 

Tuesday, 24 July 2012

Kota Bharu - PCB Beach

Pierwszą wodną taksówką o ósmej rano opuszczamy naszą „rajską” wyspę i udajemy się w stronę Kota Bharu (kierunek północ). Francuska sąsiadka podpowiedziała nam PCB Beach, prawdziwą oazę spokoju, z domkami o nieco lepszym standardzie niż te na wyspie i bez tysiąca Europejczyków dookoła. 

Docieramy do Perdana Resort – sporego ośrodka z prywatną plażą i basenem i wydaje nam się, że jesteśmy tu sami. Fakt, że miejsce wydaje się bardziej zorientowane na krajową turystykę, a w Malezji nie ma teraz wakacji szkolnych. Wybieramy domek około pięćdziesięciu metrów od plaży, w pierwszej linii.  Udajemy się na zupełnie puściutką plażę, potem na basen, a potem skoczymy do miasta na małe zakupy (mleko, pieluszki). I co widzimy wychodząc do miasta? Holenderska rodzinka pluskająca się w basenie! A przy recepcji z furgonetki wyładowują rowery dla kolejnej holenderskiej grupy.  No to nam się udało znaleźć oazę spokoju, z dala od szlaków turystycznych.  Tylko ci okropni Holendrzy też ją znaleźli!

Docieramy do miasta parę minut po piątej, akurat całe wygłodzone miasto udaje się coś zjeść. Więc podążamy za tłumem do stoisk z jedzeniem (przypominam, że trwa ramadan, muzułmanie poszczą od siódmej rano do piątej po południu). Wybieram smakowicie wyglądającego kurczaka z ryżem. A chłopaki rzucają się na szaszłyki. Aleks pogrążony w głębokim śnie w chuście, buzia lekko otwarta. Nie obudzi go teraz ani harmider malezyjskiego targowiska ani wystrzał z armaty. Wszyscy uśmiechają się na jego widok.





Jeszcze tylko zakup słoiczka owocowego dla najmłodszego (od dłuższego czasu jedzie na samym mleku) i ruszamy na obchód miasteczka. Wchodzimy na targ rękodzieł przeróżnych, niestety stoiska już zamknięte. A szkoda, bo region (i Malezja w ogóle) słynie z batiku-szczególnej formy uzyskiwania wzorów na tkaninach.  Tak czy inaczej gwałtownie musimy się zbierać – zauważam nagle wielką chmurę i wraz z pierwszymi kroplami deszczu udaje nam się dobiec z powrotem do supermarketu. Kończymy zakupy i taksówką wracamy do naszego ośrodka.  Akurat odpowiednio, żeby zdążyć na dzisiejszą kolację – obfity bufet jak przystało na koniec postnego dnia.


Aleks znowu robi karierę: wszystkie zakutane w czador kelnerki zachwycają się jego niebieskimi oczami. Kończy się na tym, że przekazują go sobie z rąk do rąk, zagadując i zabawiając. A my w tym czasie bez przeszkód czyścimy bufet… 








Po kolacji siadam sobie na naszym tarasie i słucham kojącego szumu fal. Tak powinny wyglądać prawdziwe wakacje. Żeby tak jeszcze lampka wina i żeby nie te komary to byłby prawie raj.  

Monday, 23 July 2012

Ostatni dzień na wyspie Perhentian

Zostajemy na jeszcze jedną noc (trzecią z kolei) na wyspie. Przeprowadzamy się za to do odrobinę obszerniejszego lokum. Za to bez okna i wciąż bez ciepłej wody… No i ponieważ nie byliśmy zdecydowani czy zostajemy czy nie to w końcu nie oddaliśmy ciuchów do prania.  Moja torba z czystymi ubraniami jest pusta. Torba z czystą bielizną podobnie.  Rzeźbienie i recycling.  No i pretekst do zakupu kiczowatej koszulki z napisem „I love Perhentian Islands” czy coś w tym guście. 

Aleks też już pachnie trochę nieświeżo (ksywka Śmierdzący Tygrysek jest jak najbardziej aktualna). Wczoraj po kąpieli w morzu wstawiłam go pod zimny prysznic, ale dzisiaj nie będę tego powtarzać. Umyje się chłopinę jutro, może już będziemy w jakimś hotelu z ciepłą wodą…
Dziś dzionek leniwy, Javi większość przesypia chowając się w cieniu, ja udaje się na małą przechadzkę z dzieciakami. Dzięki temu Aleksa też mamy z głowy – zasnął w chuście snem sprawiedliwego i śpi chyba do 14.  Tylko Daniel pełen energii i trochę się dziś z nami nudzi. Głupio trochę być tak ograniczonym terytorialnie: z jednej strony nasza plaża kończy się dżunglą (jest przejście, ale dość strome i pełne wystających korzeni, z Aleksem w nosidełku zawróciliśmy z drogi), a z drugiej kamienie.  Komunikację między plażami zapewniają taksówki wodne.  

Wypijamy litry soków ze świeżych owoców (dosłownie litry, bo w ofercie oprócz szklanki soku jest też litrowy kufel!).  



Wieczorem wychodzimy znów się przejść i cyknąć parę pamiątkowych zdjęć. Romantyczny zachód słońca i gigantyczne nietoperze zwane „flying fox” czyli latający lis. Jesteśmy w odległym krańcu naszej plaży kiedy zaczyna błyskać w oddali. Trochę niechętnie zawracamy. Jesteśmy już blisko naszej chatynki kiedy zrywa się okropny wiatr. Spadająca reklama pobliskiej reklamy leci na Aleksa. Uff. Nic się nie stało i zdążyliśmy w ostatniej chwili przed oberwaniem chmury.  W tym klimacie jak już pada to właściwie leje.

Sunday, 22 July 2012

Snorkelling i spalone słońcem plecy... Au!

Dziś wypożyczamy sprzęt (tzn maski i fajki) do nurkowania i trochę przyjaźniejszym okiem patrzymy na tę wyspę. No, obiektywnie rzecz biorąc to ona NAPRAWDĘ musiała być ładna zanim ją tak fatalnie i pasożytniczo zagospodarowano. 

Spotykamy rodzinkę z Andaluzji: mama, dwie ciotki i chłopiec niewiele starszy od Daniela. Mama wygląda na odważną podróżniczkę – 10 lat temu była w Kambodży, jeszcze prawie pod obstrzałem. Aleks po raz pierwszy zalicza kąpiel w morzu. No pięknie. Mieszkamy nad brzegiem Morza Śródziemnego, a Mały przechodzi swój „chrzest” morski w wodach Morza Południowochińskiego… 



Po południu opływamy statkiem klasyczne miejsca do nurkowania: stada kolorowych rybek, żółwie wodne i rafa koralowa. 



Nie udaje nam się zobaczyć małych rekinów, ale i tak jest przyjemnie. 



Tylko zajęci smarowaniem dzieci i chronieniem przed słońcem i wiatrem Aleksa, zapominamy o sobie. Uff, ależ się zjaraliśmy. Plecy i tylna część nóg obmywana morzem przy nurkowania złapały kolorek błyskawicznie. Intensywnie czerwony jest to kolorek, piecze jak cholera! No to spędzamy wieczór na okładaniu się mokrymi ręcznikami i smarowaniu. Kolacja w sąsiednim ośrodku (grillowane rybki). 

Dzieci zmęczone wrażeniami zasypiają przy kolacji – Aleks położony na dwóch zestawionych krzesełkach, a Daniel na siedząco, oparty o stół. I znów mamy spokojną nockę. Nie licząc pieczenia i dalszego okładania się mokrymi ręcznikami i smarowania kremami…

Saturday, 21 July 2012

Jednak Perhentian Islands - "tropical paradise"

Rankiem bierzemy taksówkę na dworzec autobusowy w Kuantan. Nici ze śniadania, dziś zaczyna się ramadan i wszystko zamknięte. Jedynie jakiś nędzny sklepik na z napojami i krakersami jest otwarty na dworcu. Cóż jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. 
W autobusie za to miejsce deluxe dla Aleksa: jest jedno miejsce leżące za firanką, taka jakby kuszetka autobusowa. Mały podjadł sobie i zaległ jak basza. Ręce do góry i śpi spokojnie nie zważając na to jak podrzuca pędzący autobus.  



Wysiadamy w Kuala Terranganu (hm, właściwie mogliśmy jechać dalej skoro jedziemy na Perhentians, a nie na Redang).  Bierzemy taksówkę do Kuala Besut Jetty skąd odpływają statki na wyspy Perhentians. Łódka o dwóch motorach podrzuca niemiłosiernie, nie mam jak się trzymać mając na rękach Aleksa. Opieram się mocno nogami o nasze bagaże i z trudem usiłuję zachować równowagę przy podskokach łodzi na falach.  I amortyzować spadki. A Aleks spokojnie zasypia w moich ramionach. 

Udajemy się na Pulau Perhentian Besar czyli większą z wysp. Wg przewodnika „Lonely Planet”: This is a tropical paradise. Full stop.” Trochę na wyrost to stwierdzenie. Wysepki owszem ładne, ale fatalnie zagospodarowane. Przy wąskiej plaży naćkano szpetnych drewnianych chatynek i restauracji z plastikowymi krzesłami.  Które już dawno straciły od słońca oryginalny kolor. Nie tak wygląda „paradise” w moich (może trochę wygórowanych) marzeniach.
Jest sobota więc nie będziemy wybrzydzać w kwestii zakwaterowania, ale trafiła nam się wyjątkowo ciasna chata. Po rozłożeniu dodatkowego materaca dla Daniela i namiociku Aleksa nie można już otworzyć drzwi. Do tego pełno mrówek, termity i wyłącznie zimny prysznic. No cóż, damy jakoś radę.  Upajając się tym tropikalnym „rajem” przymkniemy oko na pewne niedogodności…

Głodni jesteśmy, bo ruszyliśmy dziś rano bez śniadania więc postanawiamy dać szansę lokalnej gastronomii.  Cóż, na tej wyspie nikt nie mieszka na stałe, cały biznes jest nastawiony na turystów. My tu już nie wrócimy, ale na pewno przyjadą inni.  Z rozrzewnieniem wspominamy pobyt na wietnamskiej wysepce Phu Quoc dwa lata temu. Jej rybacką osadę, opustoszałe plaże, pyszną zupę rybną… A może się po prostu robimy marudni na starość?

Sąsiadują z nami dwie młode dziewczyny (Francuzka i Hiszpanka), które odbywają tu kurs nurkowania oraz dojrzała już para Francuzów.
 
Aleks, wbrew naszym obawom zasypia jak aniołek i przesypia całą nockę (nie licząc pobudek na ssanie). A obawialiśmy się, że da nam w kość po przespaniu dobrych paru godzin w ciągu dnia, w trasie. Cóż, zmiana miejsca i sama podróż też go chyba męczy. A chyba zafundujemy mu jeszcze jedną zmianę miejsca przed powrotem do Kuala Lumpur. Nie chcemy siedzieć pięciu dni na tej wyspie, pardon, w tym „tropical paradise”...

Friday, 20 July 2012

Zmierzamy ku wyspom (mimo przeszkód)

Cha, cha, cha. Nie chciałam zrywać się o poranku.  To nieźle mi wyszło. Aleks urządził nam pokazową nockę: koło północy udało mi się go uśpić po kwadransie spaceru w chuście. Koło pierwszej czy drugiej znów się obudził i kolejna godzina w plecy. I o czwartej powtórka z rozrywki. Potwór ewidentnie nie jest śpiący, chce hasać. Więc po godzinie bezowocnych prób spacyfikowania zołzy (chusta, pierś, huśtanie) poddajemy się i postanawiamy po prostu wstać, spakować się i złapać ten wcześniejszy autobus. Zdaje się, że już wspominałam jak ja nie lubię rano wstawać? Wrr. 

Dodam jeszcze, że nie zdążyliśmy oddać klucza w recepcji przed opuszczeniem hotelu, a gadzina już smacznie spała w nosidełku. Co za złośliwiec, co za małpa!
Na przystanku lokalnego autobusu spotykamy najpierw dwie dziewczyny: jedna z Anglii, druga z Południowej Afryki.  Pracują jako nauczycielki w HongKongu i korzystając z wakacji szkolnych podróżują po Azji.  Po chwili zjawia się znana już nam z Cameron Highlands niemiecka matka z córką o lekko azjatyckich rysach.  Cóż, w końcu wszyscy turyści jedziemy tym samym szlakiem. 
Mimo wstrząsów i ostrych zakrętów Aleks spokojnie przesypia całą trasę.  Jest piątek, na drodze spory ruch i kolorowe dekoracje.  Jak się okazuje do Taman Negara zajeżdża właśnie premier, agitować w związku z nadchodzącymi wyborami. Któryś taksówkarz powie nam potem, że premier nie cieszy się tu zbyt wielkim poważaniem. Podobno pozwala rządzić swojej żonie. 

Tymczasem nie dość, że piątek to jeszcze jutro zaczyna się ramadan. Sporo ludzi podróżuje, możemy mieć problemy ze znalezieniem przyzwoitego noclegu w miejscowościach turystycznych. Jak się wkrótce okaże mamy nawet problemy z kupieniem biletów autobusowych – wszystko jest już „full”.  

Cóż, nie będziemy się tym zbytnio przejmować, przenocujemy tam gdzie się nam uda dziś dojechać (padło na Kuantan) i jutro będziemy kontynuować podróż w kierunku wyspy. 
W Kuantan bierzemy tylko taksówkę, żeby wyrwać się z centrum miasta na plażę Teluk Cempedak. Tam do wyboru albo Hyatt Resort za ponad 100 euro albo dość podrzędny hostal za podrzędną cenę.  A co tam, jeszcze jedną noc przeżyjemy w podrzędnych warunkach. 
Plaża nieduża i zdecydowanie nie przeznaczona dla turystyki międzynarodowej. Prawie sami tubylcy, kąpiący się w kompletnej odzieży (nawet faceci). Więc trudno ocenić czy można tu wskoczyć w bikini czy będzie to raczej źle widziane. Tak czy inaczej robi się późno, jesteśmy głodni i zmęczeni, a Aleks marudny. Więc rezygnujemy z plażowania, odbijemy sobie na wyspie.  Nie mówiąc już o tym, że generalnie nie jesteśmy miłośnikami plażowania.

Wygłodzeni nie mamy cierpliwości czekać na lokalne smakołyki: wokół głównego ronda mamy do wyboru McDonalds’a, Burger Kinga i KFC.  Idziemy do KFC. Siedzimy sobie spokojnie w klimatyzowanym pomieszczeniu z widokiem na morze gdy do opuszczonego stolika na tarasie przysiada się nagle… małpa. Pewnym ruchem sięga po kostkę z kurczaka i bierze się za ogryzanie. Nikogo wokół to nie dziwi, jak się wkrótce zorientujemy małp tutaj jak psów.
Ruszamy na małą przechadzkę i obserwujemy jak małpa „kradnie” duże menu z McDonalds’a postawione „na chwilę” na murku przez hinduską matkę. Kobieta boi się nawet zbliżyć do agresywnej małpy pożerającej jej hamburgera, żeby zabrać swoją torebkę! Wreszcie jakiś dzielny młodzieniec sięga po jej osobistą torebką i odskakuje na groźnie syknięcie małpy. Jednak udało mu się chwycić za pasek torebki. Ależ gieroj! Torebka uratowana, ale duże menu cieszy podniebienia małp. 



Wcześnie wracamy do hotelu, bo Aleks jojczy i marudzi.  Cóż, nieźle zniósł parę godzin podróży, teraz należy mu się porcja miziania i pieszczot, której domaga się dość stanowczo.
Po przejrzeniu w Internecie ofert pobytu na wyspie Redang ku której zmierzamy decydujemy się jednak na Perhentians.  Na Redang przeważają pobyty „all-inclusive”, niezbyt nam pasuje taka formuła.

Thursday, 19 July 2012

W głębi dżungli (ale nie za głęboko)...

Nasz małowytworny hotel serwuje równie małowytworne śniadanie i wyjątkowo podłą kawę. Po tym nędznym śniadaniu ruszamy na podbój dzikiej dżungli.  Do słynnego  wiszącego mostu (Canopy Walkway) prowadzi ścieżka z metalowych szab. Można nią spokojnie przejść w klapkach albo przejechać wózkiem (wprawdzie nie mamy wózka tylko nosidło, ale gdybyśmy mieli to nie byłoby przeszkodą na tej trasie).  Po drodze udaje nam się zobaczyć parę makaków jawajskich (zwanych długoogoniastymi).  Przejście mostkiem jest oczywiście bardzo fajnym przeżyciem, ale bardziej z gatunku Disneyland niż dzika dżungla. Może pobyt z noclegiem w dżungli i wyjście poza ściśle turystyczne getto i mogłyby dostarczyć większych wrażeń, ale po dwukrotnym pobycie w dżungli amazońskiej, ta malezyjska – ponoć najstarsza na świecie – nie robi na mnie większego wrażenia.  






Po drodze zatrzymujemy się, aby przyjrzeć się makakom i nagle słyszę (po polsku): nie widzę tej małpy. Młodziutka parka podróżująca po Azji. Pierwsi Polacy napotkani podczas tej wyprawy.
Po przejściu mostka robimy jeszcze podejście do wgramolenia się na pobliskie wzgórze, ale jest trochę stromo i ślisko, trzeba przytrzymywać się lin więc zawracamy. Nie chcemy ryzykować upadku z małolatem w nosidełku. Potem okazało się, że ten pagórek (Bukit Teresik) ma raptem 344 metry. Hm, no trochę mi się głupio zrobiło, że jednak nie weszliśmy. 
Lepki upał w połączeniu z tym małym spacerem sprawia, że wracamy mokrzy, spoceni i śmierdzimy na kilometr. Aleks przyklejony do Javi’ego zyskał nową ksywkę – Śmierdzący Tygrysek.  Ale nie skarży się na nic, ani na upał ani na przezwiska. Spokojnie drzemie albo rozgląda się na boki. 
Koło czwartej wracamy do naszego do naszego wytwornego hotelu z jednym wielkim marzeniem: PRYSZNIC. CHŁODNY PRYSZNIC.  A tu dzonk: obsługa jeszcze nie zdążyła ogarnąć naszego pokoju i zmienić ręczników. Obsługa jest bowiem zajęta błąkaniem się po patio, patrzeniem na rybki w stanie i wpatrywaniem się w ekran komórki.  Śmiech na sali. 
Wieczorem leje jak z cebra więc postanawiamy zostać na kolację w naszym niezwykłym hotelu (już mi przymiotników brak, żeby go lepiej opisać). Są trzy atrakcyjne potrawy do wyboru: fried noodles, spaghetti carbonara i coś jeszcze. Napojów nie serwują, trzeba sobie kupić w sklepiku przy recepcji.
Przed kolacją odbyłam samotną wyprawę do „centrum”. Nasze parasole, w zamierzeniu przeciwsłoneczne, znów przydają się na deszcz. Miałam kupić bilety na mikrobus, który poniesie nas na Perhentian Islands, ale wróciłam z nową koncepcją.
Spotkani ponownie Szwajcarzy mówią, że na Perhentian byli 10 lat temu. I że wtedy owszem było przyjemnie, ale teraz zrobiło się zbyt turystycznie i komercyjnie. Zmierzają zatem ku wyspie Redang, trochę na południe od Perhentian. Może i my rozważymy zmianę planów? Zamiast mikrobusem do Kuala Besut możemy zatem udać się zwykłym, lokalnym autobusem (który zresztą też się okaże mikrobusem) do Jerantut, a potem się zobaczy. 
Jestem za lokalnym autobusem, głównie dlatego że odjeżdża o 9.30 (mikrobusy o 8).  Wcześniejszego autobusu o 7.30 nawet nie biorę pod uwagę.  Tak bym chciała pospać, tak nie lubię rano wstawać.  Mój perfidny plan się jednak nie powiedzie…

Wednesday, 18 July 2012

W drodze do dżungli!

O ósmej rano podjeżdża po nas busik i zabiera do Taman Negara.  W busiku Niemcy i Holendrzy. Jedna babeczka z naszego hotelu podróżująca z dorosłą córką (z daleko wzięłam je za koleżanki!) i trzy młode parki. W drugim busiku podróżuje szwajcarska rodzinka (dwie córeczki, jedna w wieku Daniela, druga trochę młodsza).  

Trzy godziny w busiku z rajdowym kierowcą na górskich drogach trochę nas wykończyły, ale Aleks dzielnie zniósł podróż. Tzn przespał ją prawie całą, bo on zawsze śpi rano. Na krótkim postoju szybko go przewinęliśmy, przygotowaliśmy butlę i dalej w drogę. 

W Kuala Tembling wszystko super zorganizowane: bilet na łódkę, wybór zakwaterowania, opłata za wejście do parku narodowego. Sympatyczne i cierpliwe panie doradzają niezdecydowanym i udzielają dodatkowych informacji.

Trochę musimy poczekać, bo nasza łodzie w głąb dżungli odpływają o 14, ale nie dłuży się nam zbytnio. Rozkładamy Małemu przewijak, żeby mógł trochę rozciągnąć kości i gapimy się na brązowawą rzekę.  A potem dwie godziny malowniczego rejsu w górę rzeki. Aleks trochę marudzi, ale w końcu zasypia przy piersi. A ja razem z nim, nie pospałam ostatniej nocy. Fajnie się śpi na łódce. 







Wioska Kuala Tanah okazuje się jednym wielkim butikiem przemysłu turystycznego: hotele, pływające restauracje, naganiacze. Canopy Walkway, Night Safari, wizyta w „autentycznej” wiosce tubylców. Wybraliśmy trochę bardziej wypasiony hotel (z opisu, Rainforest Resort się nazywa, szczerze odradzam).  Okazał się dramatycznie zapuszczony od czasów ostatniej wzmianki w Lonely Planet. Brud w kątach, dziurawe zasłony, w kącie pod prysznicem jakieś włosy zeszłorocznych gości. Fuuuj. Przepalone żarówki, górne światło w pokoju w ogóle nie działa (pewnie żebyśmy się za bardzo nie przyglądali).  Genaralnie nie miałabym nic przeciwko temu przeciwko takim warunkom, gdyby nie to, że ten hotel się ogłasza za jeden z bardziej luskusowych.  Potem się okaże, że to typowe w tej wiosce, popyt przewyższa podaż i nikt się przesadnie nie wysila.  Szwajcarzy też ponarzekali na swój hotel. Ale przynajmniej wybrali tańszy... A my ze względu na Małego chcieliśmy wyższy standard. No to nam się udało. Zapłacić.  

Ale dość narzekania, schodzimy na kolację do jednej z „floating restaurants”. Obsługa super powolna, ale warto było czekać: jedzenie pyszne! Ja wybrałam zupę tomyam, a Javi jakiś zestaw, w którym są warzywa i wołowina.  A na deser naleśnik z bananem i czekoladą. Trochę poszaleliśmy, ale zdaje się, że nie jedliśmy dziś obiadu (nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, za szybko mijają nam dni).  

Aleks jak zwykle przy kolacji trochę marudny, zmieniamy się spacerując z nim w oczekiwaniu na kolację, bo darł się, że go było słychać na drugim brzegu rzeki.  Wreszcie podchodzi do nas tutejsza babeczka (chyba z kuchni) i chce go wziąć na ręce, żebyśmy sobie spokojnie zjedli. Najpierw wzbraniamy się trochę (przecież nie będziemy obcej osoby obciążać naszym ryczącym problemem), ale Aleks uśmiecha się do niej szeroko więc przekazujemy jej uciążliwy pakunek.  Który oczywiście w jej rękach cudownie się uspokaja i zmienia się w pogodnego aniołka. Obchodzą całą barkę-restaurację czarując ostatnich klientów przepięknym uśmiechem. No żesz.  Jak ona to robi??? Cóż, sama ma czterech synów, od 5 do 19 lat.  I ogromne pokłady cierpliwości, których nam chyba czasem brakuje.  Trochę jej zazdroszczę, ale tymczasem po prostu korzystamy z okazji i kończymy kolację. W spokoju i błogiej ciszy, przerywanej tylko uderzeniami fal o barkę i wesołym chichotem naszego synalka.  



Poznaliśmy jeszcze miłą parkę z Dominikany.  Zaliczyli już słynną Canopy Walkway, wcale nie potrzeba do tego żadnego przewodnika po 25 czy 30 ringit od osoby. Droga prosta jak drut.
Po obfitej kolacji penetrujemy jeszcze odległe krańce wioski, nasłuchując pokrzykiwania małp i wracamy do naszego wypasionego hotelu.  Wbrew naszym obawom (dziecko przespało dziś sporą część dnia, w busiku i na łódce), noc bardzo spokojna. Aleks zasypia koło pierwszej i nie licząc jednej pobudki z przyssaniem około piątej przesypia do rana w swoim namiociku-łóżeczku.

Tuesday, 17 July 2012

Plantacje herbaty i świątynia Sam Poh

Przy śniadaniu poznajemy francuską rodzinkę z trójką dzieci. Najmłodsze ma 18 miesięcy.  Są z Paryża i też udają się do Taman Negara po zaliczeniu Cameron Highlands.

Potem bierzemy taksówkę (trafia nam się wysłużony mercedes-beczka, 25 ringit za godzinę) i ruszamy w objazd okolic.  Zaczynamy od plantacji i fabryki  herbaty BOH. Niestety, fabryka dziś stoi (nie mają dość herbacianych liści do obrobienia) więc możemy jedynie popatrzeć na stojące maszyny – w środku nic się nie dzieje.  Obejrzeliśmy małą wystawę, firmowy filmik propagandowy, wypiliśmy herbatę i cyknęliśmy parę fotek malowniczych wzgórz porośniętych krzakami herbaty.  




Następny etap to farma motyli i insektów, potem truskawkowe pola, wreszcie świątynia buddyjska Sam Poh, bardzo malownicza.  Jest popołudnie, nie ma dużo ludzi, jeden z mnichów gra na flecie.  Zanim wyjdziemy rozpocznie się ceremonia. Ale głód nie wybiera: świątynia, autobus, riksza, jak Aleks włączy syrenę to trzeba szykować butlę, gdziekolwiek byśmy nie byli... 






Wieczorem na zmianę idziemy na chiński masaż stóp, najpierw Daniel, potem ja, na końcu Javi. A potem walka z marudnym dziś najmłodszym. I znów się pokłóciliśmy zamiast współpracować w trudnych chwilach...

Monday, 16 July 2012

Dzień bez programu i bez pośpiechu


Jak wspomniałam o mało nie spóźniliśmy się na śniadanie przez najmłodszego śpiocha.  Ale dziś się nigdzie nie spieszymy. Jest poniedziałek, w poniedziałki nieczynna jest fabryka herbaty więc zwiedzanie herbacianych plantacji odkładamy na jutro.  A dziś leniwy spacer po okolicy. Dość szybko zresztą zawracamy, bo ścieżka śliska i kamienista (Javi z Aleksem w nosidełku o mały włos się nie wywalił), a na dodatek zaczyna lać. A Daniel bez kurtki przeciwdeszczowej.  Rano Javi mu mówił: Daniel weź kurtkę. Nie chcę. Weź ortalion, bo zmokniesz. Nie szkodzi, mnie to nie przeszkadza.  Wrrrr.  Upór ośmiolatka. 



Wracamy do hotelu podsuszyć się trochę. Javi wypróbowuje zakupione na targu w Malace „ear candles” (wynalazek para medycyny chińskiej – świece, które wstawia się do ucha i które mają usunąć wszelkie stresy i dolegliwości).  Hm, teoretycznie zabieg należy przeprowadzić w atmosferze relaksu.  Z dwójką dzieci w pokoju wymóg ten jest nie do spełnienia.  

Kolacja w „Maybrown” – fast food orientalny.  Aleks marudzi okropnie, a na koniec odwala grubszą robotę.  Udajemy się zespołowo do toalety, żeby go szybko i sprawnie przewinąć, jak w Ipoh w chińskiej knajpie, a tu dzonk! Turecki kibelek!  Nie ma gdzie rozłożyć naszego przenośnego przewijaka. To ci dopiero wyzwanie dla rodziców. Dobrze, że jesteśmy niedaleko hotelu, wracamy przewinąć go w pokoju. 

Dzieć zasypia po krótkim gaworzeniu w swoim namiociku i śpi od 23 do 9 rano. Ha, takie życie to rozumiem!

Dodam jeszcze, że Daniel okazał się nadspodziewanie dobrym opiekunem Aleksa. Kocha go ogromnie i ma do niego niewyczerpaną cierpliwość i nieskończone pokłady ciepła i serdeczności. Kiedy już nie wyrabiamy i warcząc przekazujemy sobie ryczący pakunek rzucając: „teraz Ty się nim zajmij”, zgłasza się Daniel i momentalnie zamiast podkówki na twarzy Aleks zakwita szeroki uśmiech. Daniel gada do niego nieustannie, zasypuje całusami i komplementami: „Jaką ma piękną buzię mój braciszek, jak go strasznie kocham, to mój najlepszy przyjaciel. Będzie mądry jak Einstein".  

I Aleks odwzajemnia wszystkie te uczucia i serdeczności, niezmiennie rozchmurza się na widok Daniela i patrzy w niego jak w obrazek.  Nie wiem co byśmy zrobili bez Daniela i jego niezwykłego zacięcia opiekuńczego i talentu do uspokajania i zabawiania Małego. 


Sunday, 15 July 2012

Powiew świeżego powietrza na Cameron Highlands

Z trudem zwlekamy się z łóżek po tej ciężkiej nocy i około dziewiątej zjawiamy się na lekko zapyziałym dworcu autobusowym w Ipoh, dość uśpionym jeszcze o tej porze. Ruch zacznie się po 10-tej. 

Cóż, nie bez powodu mieliśmy wątpliwości w sprawie tego autobusu o 9.30.  Nie ma go, pierwszy odjeżdża o 11.30 (a w nim góra 8-10 osób z nami włącznie).  Niewyspani spędzamy więc czarowne dwie godziny na tym syfiastym dość dworcu autobusowym. Kukurydza z masłem na słodko na śniadanie (wszyscy to kupują więc my też). Plus jakieś bułeczki z kurczakiem. 

Około 15, w strugach deszczu docieramy do naszego luksusowego hotelu w górach.  Od razu decydujemy się zostać na dłużej (trzy noce zamiast dwóch), zwolnić trochę, dopieścić Aleksa i odetchnąć świeżym powietrzem (temperatury tu znacznie znośniejsze).  Spokojne popołudnie w hotelu dobrze robi nam wszystkim, nie tylko Aleks potrzebował odrobiny relaksu.

Do tego uciekam sobie na samotną przechadzkę (w poszukiwaniu pieluszek, słoiczków i pralni), marzyłam już o krótkiej chwili sam na sam ze sobą, bez ogonów.  Kafejka Starbucks, trochę Internetu, zakupy, informacja turystyczna i wracam zrelaksowana do swojej bandy. 
Kolacja u Hindusa i czarowna noc: Aleks po raz pierwszy w czasie tej wyprawy zasypia sam w swoim namiociku.  Hurraaa!  A mnie po raz pierwszy udało się włączyć e-booka. Hurraaa!!!

Co więcej, mój synalek przesypia całą nockę i o mało nie spóźniamy się na śniadanie następnego ranka (śniadanie do 10).  Mija 9, 9.15, 9.30, a on wciąż śpi.  Uff, chyba naprawdę był już nieludzko zmęczony.

A u Hindusa poznaliśmy sympatyczną parę Holendrów, którzy zachęcili nas do udania się na Wyspy Perhentians w dalszej kolejności. No, mnie nie trzeba było zaczęcać, bo już je dawno miałam upatrzone, ale mam nadzieję, że przekonali Javi’ego.

Saturday, 14 July 2012

Dzień w podróży


Wyczerpujący dzień pełen przygód.  Mieliśmy w planie złapać bezpośredni autobus do Ipoh (na północy, po drodze do Cameron Highlands) i nawet rankiem, w chwili olśnienia, Javi ustalił w Internecie godzinę odjazdu tegoż autobusu.  Po pospiesznym śniadaniu gnamy na dworzec autobusowy i ... dzonk. Autobus jest, ale nie ma już miejsc.  No tak, sobota...

Cóż, kupujemy bilety do Kuala Lumpur i tam przesiądziemy się na autobus do Ipoh.  Tyle że odjeżdża z innego dworca autobusowego więc bedziemy musieli wsiąść w kolejkę miejską i pojechać z jednego dworca na drugi (z przesiadką). Niech i tak będzie, byle do przodu.  Już siedzimy w autobusie do KL (Kuala Lumpur), ale zostało jeszcze parę minut do odjazdu.  I Javi ma kolejne (spóźnione) olśnienie: paszporty.  Wrrr. W tym pośpiechu zostawiliśmy paszporty w recepcji hotelowej.  Wiedziałam, że to nie jest zbyt dobry pomysł, żeby zostawiać paszporty w recepcji. Wyskakujemy z autobusu, powrót do hotelu i łapiemy następny autobus do KL (godzinę później).  Tak czy inaczej udaje nam się potem zdążyć na przewidziany wcześniej autobus z KL do Ipoh.  Mamy niespełna półtorej godziny na przejazd z jednego dworca autobusowego na drugi (kolejka miejska z przesiadką).  Żeby nie było zbyt łatwo wysiadamy na niewłaściwej stacji (coś nam źle powiedzieli, a może źle zrozumieliśmy).  Stacja Pudu wcale nie prowadzi na dworzec autobusowy Puduraya. Trzeba było wysiąść dwa przystanki wcześniej na Plaza Rakyat! Biegiem wracamy (dziecko, walizki, schody, brak windy) i zziajani wpadamy na dworzec 15-20 minut przed planowanym odjazdem autobusu. Nici z przekąski przed dalszą podróżą, ledwo nam starcza czasu na toaletę.  Kupujemy jakieś podłe ciastka i chipsy w dworcowym sklepie.   A autobus oczywiście odjeżdża z opóźnieniem.  Murphy’s Law.

Około ósmej wieczorem docieramy do Ipoh, gdzie z ostrożności procesowej nie zarezerwowaliśmy noclegu. Nie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że uda nam się dziś tu dotrzeć.  Błąkamy się więc po ciemku z dziećmi szemraną dzielnicą tanich hoteli i za trzecim podejściem wybieramy mało wytworny pokój zwany nie wiedzieć czemu deluxe. Na jedną noc wystarczy, a od jutra pławimy się w luksusach czterogwiazdkowego hotelu w Tamah Rata.

Ipoh by night, kolacja, spacer i ... upiorna nocka. Chyba trochę przesadziliśmy: cały dzień w podróży, kilka przesiadek.  Za dużo wrażeń dla małego Aleksa.  Musi być wykończony, bo wcale nie spał za dużo w ciągu dnia (z wyjątkiem trasy Malakka-KL), ale próby położenia go spać skutkują dantejskimi scenami i potwornymi wrzaskami.  Znów próbujemy wszystkiego (jak pamiętnej pierwszej nocy w KL): chusta, żel na ząbki, pastylki na ząbki, nosidełko, huśtanie, śpiewanie.... Uff.  Dopiero koło trzeciej udaje nam się go uśpić.  A mamy w planie pobudkę o siódmej-siódmej trzydzieści, żeby zdążyć na autobus o 9.30 (którego jak się wkrótce okaże nie ma). 
 
Cóż, nauczyliśmy się jednego: nie ma co tak gonić z maluchem. Choćby się waliło i paliło trzeba w ciągu dnia wygospodarować przynajmniej z godzinkę lub dwie na leniuchowanie, mizianie, gadanie, zabawę i pieszczoty. Bez pośpiechu, bez gnania na jakiś kolejny autobus.  Tego będziemy się już trzymać do końca. A Aleks lojalnie odwdzięczy nam się lepszym humorem i spokojnym snem.  A mnie nawet uda się sięgnąć po lekturę.

Friday, 13 July 2012

Muzeum Cheng Ho


A więc zostajemy jeszcze jeden dzień w Malace. Chcieliśmy po prostu przedłużyć nasz pobyt w hotelu w którym byliśmy (żadna rewelacja, ale po co się przeprowadzać na jedną noc), ale okazał się „fully booked”.  Mam podejrzenia, że przyczyną tego „fully booked” może być nie tylko weekend, ale nasze młodsze dziecko i jego wieczorne popisy akuastyczne (protest-songi typu: nie będę spać, nie jestem śpiący, proszę mnie jeszcze nie kłaść!!!).  Na wszelki wypadek nie będziemy wnikać. Javi loguje się za pomocą komórki na stronie agoda.com, która szybko wskazuje nam znacznie lepszy hotel w pobliżu.  W strugach deszczu zmieniamy lokum. Zakupiony wczoraj parasol (w zamierzeniu przeciwsłoneczny) dziś przydaje się na deszcz.

Bezowocny spacer do Villa Sentosa (kolonialny dom, przerobiony na muzeum), średniowocna wyprawa do najstarszego w Malezji meczetu (niewierni nie mogą wejść do środka, gdzie jednak chińska telewizja kręci jakiś program. Pewnie mają dyspensę).  Wreszcie pożywny lunch w restauracji serwującej dania z południowych Indii na wielkich bananowych liściach.  


 
Posileni udajemy się do bardzo interesującego muzeum niejakiego Cheng Ho – chińskiego podróżnika, eunucha, żeglarza i dyplomaty, wysłanego w morze przez cesarza z dynastii Ming,.  Fascynująca postać, na miarę Marco Polo i Ibn Batuty. Osiemdziesiąt lat przed Kolumbem pływał sześciokrotnie większą flotą. Wyruszył z ówczesnej stolicy Chin – Nankin i dotarł nie tylko do Malakki, ale do Indii, Afryki (Somalia i Kenia) i na Bliski Wschód (Arabia Saudyjska).  Przy tym nie podbijał lecz handlował, rozwoził lekarzy, wiedzę i nowe towary (między innymi „sprzedał” Malezji islam, pochodził bowiem z muzułmańskiej rodziny. Skąd w Chinach muzułmanie w XIV wieku? Nie mam pojęcia, muszę to sprawdzić).

Cheng Ho dowodził flotą 208 statków, z których każdy spełniał określoną funkcję (jeden przewoził wodę, inny żywność, inny z kolei spełniał funkcję obronną).  Dowodził armią blisko 30.000 ludzi, a rozmiary statków sięgały 100 metrów długości.  Wiózł jedwab, herbatę, leki.  Podróżowało z nim wielu lekarzy. Na statkach hodowano w doniczkach świeże warzywa, dzięki czemu chińscy marynarze uniknęli szkorbutu na który zapadali na morzu ich europejscy koledzy.  W muzeum stoi model jednego ze statków, na którym Cheng Ho przywiózł z Afryki żyrafę.   

Wszystko się bardzo pięknie zapowiadało (dla Cheng Ho i dla chińskiej marynarki), ale niestety kolejny cesarz zakazał zakazał dalszych wypraw morskich i usadził Cheng Ho na lądzie. Ten zaś krótko potem zmarł. 
 
To tyle o chińskim Marco Polo.  Wieczór spędzamy w Chinatown, które w piątkowe i sobotnie wieczory ożywa gdyż na ulicach rozkładają się stragany targowe z różnościami.  Są tu zabawki, herbata, zioła, przyprawy, tajskie kiełbaski i koreańskie kuleczki z kim-czi (rodzaj kiszonej kapusty na ostro) i miniośmiornicami, słodycze, lody... Mydło i powidło.

 

Thursday, 12 July 2012

Świątynie Malakki


Zaczynamy od późnego śniadania u Chińczyka, po czym ruszamy na podbój Chinatown (akurat mija południe, idealna pora na zwiedzanie miasta w tropikach. Do tego z niemowlakiem przyklejonym do ciała – to Javi).  

Leniwy spacer, częste przystanki.  Kilka świątyń buddyjskich (w jednej udało nam się obejrzeć ceremonię i dostaliśmy poradnik pt „Jak osiągnąć szczęście”) i meczet.

Wieczorem przejażdżka statkiem i kolacja w prostej chińskiej knajpie wraz z katalońską rodziną.  Oni też jutro wyjeżdżają (hm, potem się okazało, że my jednak jutro nie wyjechaliśmy, ale o tym zdecydowaliśmy dopiero później).  

Po kolacji odkrywamy jeszcze przyportową, nowoczesną część miasta.  Inny świat – luksusowe hotele, wielki shopping mall ze sklepami wypasionych marek.  Trwa jakiś casting i produkują się lokalne grupy muzyczne.  Życie wre. 

Wracamy jak zawsze późno i po tym jak udaje nam się (nie bez trudu) spacyfikować nasze zmory zaczynamy się przyglądać naszym dalszym planom.  Mieliśmy jutro ruszyć na północ, w kierunku Cameron Highlands i plantacji herbaty.  Ale – jak się nagle okazuje – właśnie zaczyna się weekend i wygląda na to, że Cameron Highlands to także ulubione miejsce na weekendowy wypad tubylców.  Mamy więc niewesołe perspektywy na nocleg: mały wybór i drogo.  Decydujemy się zatem zostać jeszcze jeden dzień w Malace, potem przenocować w Ipoh i zacząć pobyt w Tanah Rata (Cameron Highlands) od niedzieli.  Teraz sytuacja hotelowa wygląda znacznie lepiej: czterogwiazdkowy hotel za 1/3 ceny (ok. 60 euro za całą naszą rodzinę, ze śniadaniem). Więc się skusiliśmy na odrobinę luksusu.  Dodatkowo reklamuje się jako przyjazny dzieciom, tuż przy hotelu jest duży plac zabaw. Zatem i Daniel powinien być usatysfakcjonowany.  A w Malece podobno w weekendy jest malowniczy targ w Chinatown więc jeszcze jeden argument za tym żeby zabawić tu dzień dłużej. 

Pozostaje tylko sprawa kolejnego noclegu, ale tym zajmiemy się jutro rano.

Wednesday, 11 July 2012

Dość stolicy, udajemy się do Malakki!


W strugach deszczu opuszczamy Kuala Lumpur.  Widząc gigantyczny korek ochoczo dopłacamy taksówkarzowi, żeby ekspresowo dowiózł nas na dworzec autobusowy.  O 13 odjeżdżamy do Malakki – dawnego portugalskiego portu, centrum handlu w regionie.  

Zarezerwowany hotel w Malace lekko nas rozczarował.  Miał być „ideal for family and business”, tymczasem okazuje się bardzo „basic”.  Ale co tam, dwie nocki tylko, nie będziemy wydziwiać.  

Zostawiamy bagaże i idziemy w stronę Chinatown.  Na Time Squere lokalną atrakcją są „triksze” czyli trójkołowe riksze, ozdobione na wszelkie możliwe sposoby, ze światełkami i muzyką.



Postanawiamy zacząć od przejeżdżki, aby zyskać orientację w terenie.  Ruszamy w dwie „triksze” – Javi z Aleksem i ja z Danielem.  Pierwszy przystanek w chińskiej świątyni buddyjskiej, drugi w wiosce Kampung Chitty (coś w rodzaju żywego muzeum – osiedle domków Perenakan, z ludźmi przebranymi w stroje ludowe).  Tutaj mała przygoda.  Aleks posila się spokojnie mlekiem w trikszy, a potem .... hmm. 



Nie wiem czy to ta nowa pieluszka, trochę mniej chłonna czy po prostu odwalił kawał większej roboty, ale musimy zacząć wizytę w jednym z domków od wielkiego czyszczenia i przebierania. 
Wracając z przejażdżki natykamy się na hiszpańską (a właściwie katalońską) rodzinkę: Christian (fotograf), Nuria (żona fotografa) i Pau (ośmiolatek). Sympatyczna rodzinka planuje dłuższy pobyt w Malezji. Daniel i Pau szybko złapali kontakt i umawiamy się na wspólną kolację, a potem na przejażdżkę statkiem następnego dnia.  Podoba nam się ta Malakka, rozmiar do ogarnięcia, wyluzowana atmosfera, Chinatown i Little India jak wszędzie chyba w Malezji.