Rankiem bierzemy taksówkę na dworzec autobusowy w Kuantan.
Nici ze śniadania, dziś zaczyna się ramadan i wszystko zamknięte. Jedynie jakiś
nędzny sklepik na z napojami i krakersami jest otwarty na dworcu. Cóż jak się
nie ma co się lubi to się lubi co się ma.
W autobusie za to miejsce deluxe dla Aleksa: jest jedno
miejsce leżące za firanką, taka jakby kuszetka autobusowa. Mały podjadł sobie i
zaległ jak basza. Ręce do góry i śpi spokojnie nie zważając na to jak podrzuca
pędzący autobus.
Wysiadamy w Kuala Terranganu (hm, właściwie mogliśmy
jechać dalej skoro jedziemy na Perhentians, a nie na Redang). Bierzemy taksówkę do Kuala Besut Jetty skąd
odpływają statki na wyspy Perhentians. Łódka o dwóch motorach podrzuca
niemiłosiernie, nie mam jak się trzymać mając na rękach Aleksa. Opieram się
mocno nogami o nasze bagaże i z trudem usiłuję zachować równowagę przy
podskokach łodzi na falach. I
amortyzować spadki. A Aleks spokojnie zasypia w moich ramionach.
Udajemy się na Pulau Perhentian Besar czyli większą z
wysp. Wg przewodnika „Lonely
Planet”: This is a tropical paradise. Full stop.” Trochę na wyrost to
stwierdzenie. Wysepki owszem ładne, ale fatalnie zagospodarowane. Przy wąskiej
plaży naćkano szpetnych drewnianych chatynek i restauracji z plastikowymi
krzesłami. Które już dawno straciły od
słońca oryginalny kolor. Nie tak wygląda „paradise” w moich (może trochę
wygórowanych) marzeniach.
Jest sobota więc nie będziemy wybrzydzać w kwestii zakwaterowania,
ale trafiła nam się wyjątkowo ciasna chata. Po rozłożeniu dodatkowego materaca
dla Daniela i namiociku Aleksa nie można już otworzyć drzwi. Do tego pełno
mrówek, termity i wyłącznie zimny prysznic. No cóż, damy jakoś radę. Upajając się tym tropikalnym „rajem”
przymkniemy oko na pewne niedogodności…
Głodni jesteśmy, bo ruszyliśmy dziś rano bez śniadania
więc postanawiamy dać szansę lokalnej gastronomii. Cóż, na tej wyspie nikt nie mieszka na stałe,
cały biznes jest nastawiony na turystów. My tu już nie wrócimy, ale na pewno
przyjadą inni. Z rozrzewnieniem
wspominamy pobyt na wietnamskiej wysepce Phu Quoc dwa lata temu. Jej rybacką
osadę, opustoszałe plaże, pyszną zupę rybną… A może się po prostu robimy
marudni na starość?
Sąsiadują z nami dwie młode dziewczyny (Francuzka i
Hiszpanka), które odbywają tu kurs nurkowania oraz dojrzała już para Francuzów.
Aleks, wbrew naszym obawom zasypia jak aniołek i przesypia całą nockę (nie licząc pobudek na ssanie). A obawialiśmy się, że da nam w kość po przespaniu dobrych paru godzin w ciągu dnia, w trasie. Cóż, zmiana miejsca i sama podróż też go chyba męczy. A chyba zafundujemy mu jeszcze jedną zmianę miejsca przed powrotem do Kuala Lumpur. Nie chcemy siedzieć pięciu dni na tej wyspie, pardon, w tym „tropical paradise”...
No comments:
Post a Comment