Saturday, 21 July 2012

Jednak Perhentian Islands - "tropical paradise"

Rankiem bierzemy taksówkę na dworzec autobusowy w Kuantan. Nici ze śniadania, dziś zaczyna się ramadan i wszystko zamknięte. Jedynie jakiś nędzny sklepik na z napojami i krakersami jest otwarty na dworcu. Cóż jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. 
W autobusie za to miejsce deluxe dla Aleksa: jest jedno miejsce leżące za firanką, taka jakby kuszetka autobusowa. Mały podjadł sobie i zaległ jak basza. Ręce do góry i śpi spokojnie nie zważając na to jak podrzuca pędzący autobus.  



Wysiadamy w Kuala Terranganu (hm, właściwie mogliśmy jechać dalej skoro jedziemy na Perhentians, a nie na Redang).  Bierzemy taksówkę do Kuala Besut Jetty skąd odpływają statki na wyspy Perhentians. Łódka o dwóch motorach podrzuca niemiłosiernie, nie mam jak się trzymać mając na rękach Aleksa. Opieram się mocno nogami o nasze bagaże i z trudem usiłuję zachować równowagę przy podskokach łodzi na falach.  I amortyzować spadki. A Aleks spokojnie zasypia w moich ramionach. 

Udajemy się na Pulau Perhentian Besar czyli większą z wysp. Wg przewodnika „Lonely Planet”: This is a tropical paradise. Full stop.” Trochę na wyrost to stwierdzenie. Wysepki owszem ładne, ale fatalnie zagospodarowane. Przy wąskiej plaży naćkano szpetnych drewnianych chatynek i restauracji z plastikowymi krzesłami.  Które już dawno straciły od słońca oryginalny kolor. Nie tak wygląda „paradise” w moich (może trochę wygórowanych) marzeniach.
Jest sobota więc nie będziemy wybrzydzać w kwestii zakwaterowania, ale trafiła nam się wyjątkowo ciasna chata. Po rozłożeniu dodatkowego materaca dla Daniela i namiociku Aleksa nie można już otworzyć drzwi. Do tego pełno mrówek, termity i wyłącznie zimny prysznic. No cóż, damy jakoś radę.  Upajając się tym tropikalnym „rajem” przymkniemy oko na pewne niedogodności…

Głodni jesteśmy, bo ruszyliśmy dziś rano bez śniadania więc postanawiamy dać szansę lokalnej gastronomii.  Cóż, na tej wyspie nikt nie mieszka na stałe, cały biznes jest nastawiony na turystów. My tu już nie wrócimy, ale na pewno przyjadą inni.  Z rozrzewnieniem wspominamy pobyt na wietnamskiej wysepce Phu Quoc dwa lata temu. Jej rybacką osadę, opustoszałe plaże, pyszną zupę rybną… A może się po prostu robimy marudni na starość?

Sąsiadują z nami dwie młode dziewczyny (Francuzka i Hiszpanka), które odbywają tu kurs nurkowania oraz dojrzała już para Francuzów.
 
Aleks, wbrew naszym obawom zasypia jak aniołek i przesypia całą nockę (nie licząc pobudek na ssanie). A obawialiśmy się, że da nam w kość po przespaniu dobrych paru godzin w ciągu dnia, w trasie. Cóż, zmiana miejsca i sama podróż też go chyba męczy. A chyba zafundujemy mu jeszcze jedną zmianę miejsca przed powrotem do Kuala Lumpur. Nie chcemy siedzieć pięciu dni na tej wyspie, pardon, w tym „tropical paradise”...

No comments:

Post a Comment