Wyczerpujący dzień pełen przygód. Mieliśmy w planie złapać bezpośredni autobus
do Ipoh (na północy, po drodze do Cameron Highlands) i nawet rankiem, w chwili
olśnienia, Javi ustalił w Internecie godzinę odjazdu tegoż autobusu. Po pospiesznym śniadaniu gnamy na dworzec
autobusowy i ... dzonk. Autobus jest, ale nie ma już miejsc. No tak, sobota...
Cóż, kupujemy bilety do Kuala Lumpur i tam przesiądziemy
się na autobus do Ipoh. Tyle że odjeżdża
z innego dworca autobusowego więc bedziemy musieli wsiąść w kolejkę miejską i
pojechać z jednego dworca na drugi (z przesiadką). Niech i tak będzie, byle do
przodu. Już siedzimy w autobusie do KL
(Kuala Lumpur), ale zostało jeszcze parę minut do odjazdu. I Javi ma kolejne (spóźnione) olśnienie:
paszporty. Wrrr. W tym pośpiechu
zostawiliśmy paszporty w recepcji hotelowej.
Wiedziałam, że to nie jest zbyt dobry pomysł, żeby zostawiać paszporty w
recepcji. Wyskakujemy z autobusu, powrót do hotelu i łapiemy następny autobus
do KL (godzinę później). Tak czy inaczej
udaje nam się potem zdążyć na przewidziany wcześniej autobus z KL do Ipoh. Mamy niespełna półtorej godziny na przejazd z
jednego dworca autobusowego na drugi (kolejka miejska z przesiadką). Żeby nie było zbyt łatwo wysiadamy na
niewłaściwej stacji (coś nam źle powiedzieli, a może źle zrozumieliśmy). Stacja Pudu wcale nie prowadzi na dworzec
autobusowy Puduraya. Trzeba było wysiąść dwa przystanki wcześniej na Plaza
Rakyat! Biegiem wracamy (dziecko, walizki, schody, brak windy) i zziajani
wpadamy na dworzec 15-20 minut przed planowanym odjazdem autobusu. Nici z
przekąski przed dalszą podróżą, ledwo nam starcza czasu na toaletę. Kupujemy jakieś podłe ciastka i chipsy w
dworcowym sklepie. A autobus oczywiście
odjeżdża z opóźnieniem. Murphy’s Law.
Około ósmej wieczorem docieramy do Ipoh, gdzie z
ostrożności procesowej nie zarezerwowaliśmy noclegu. Nie wszystkie znaki na
niebie i ziemi wskazywały, że uda nam się dziś tu dotrzeć. Błąkamy się więc po ciemku z dziećmi szemraną
dzielnicą tanich hoteli i za trzecim podejściem wybieramy mało wytworny pokój
zwany nie wiedzieć czemu deluxe. Na jedną noc wystarczy, a od jutra pławimy się
w luksusach czterogwiazdkowego hotelu w Tamah Rata.
Ipoh by night, kolacja, spacer i ... upiorna nocka. Chyba
trochę przesadziliśmy: cały dzień w podróży, kilka przesiadek. Za dużo wrażeń dla małego Aleksa. Musi być wykończony, bo wcale nie spał za
dużo w ciągu dnia (z wyjątkiem trasy Malakka-KL), ale próby położenia go spać
skutkują dantejskimi scenami i potwornymi wrzaskami. Znów próbujemy wszystkiego (jak pamiętnej
pierwszej nocy w KL): chusta, żel na ząbki, pastylki na ząbki, nosidełko,
huśtanie, śpiewanie.... Uff. Dopiero
koło trzeciej udaje nam się go uśpić. A
mamy w planie pobudkę o siódmej-siódmej trzydzieści, żeby zdążyć na autobus o
9.30 (którego jak się wkrótce okaże nie ma).
Cóż, nauczyliśmy się jednego: nie ma co tak gonić z maluchem. Choćby się waliło i paliło trzeba w ciągu dnia wygospodarować przynajmniej z godzinkę lub dwie na leniuchowanie, mizianie, gadanie, zabawę i pieszczoty. Bez pośpiechu, bez gnania na jakiś kolejny autobus. Tego będziemy się już trzymać do końca. A Aleks lojalnie odwdzięczy nam się lepszym humorem i spokojnym snem. A mnie nawet uda się sięgnąć po lekturę.
No comments:
Post a Comment