Saturday, 14 July 2012

Dzień w podróży


Wyczerpujący dzień pełen przygód.  Mieliśmy w planie złapać bezpośredni autobus do Ipoh (na północy, po drodze do Cameron Highlands) i nawet rankiem, w chwili olśnienia, Javi ustalił w Internecie godzinę odjazdu tegoż autobusu.  Po pospiesznym śniadaniu gnamy na dworzec autobusowy i ... dzonk. Autobus jest, ale nie ma już miejsc.  No tak, sobota...

Cóż, kupujemy bilety do Kuala Lumpur i tam przesiądziemy się na autobus do Ipoh.  Tyle że odjeżdża z innego dworca autobusowego więc bedziemy musieli wsiąść w kolejkę miejską i pojechać z jednego dworca na drugi (z przesiadką). Niech i tak będzie, byle do przodu.  Już siedzimy w autobusie do KL (Kuala Lumpur), ale zostało jeszcze parę minut do odjazdu.  I Javi ma kolejne (spóźnione) olśnienie: paszporty.  Wrrr. W tym pośpiechu zostawiliśmy paszporty w recepcji hotelowej.  Wiedziałam, że to nie jest zbyt dobry pomysł, żeby zostawiać paszporty w recepcji. Wyskakujemy z autobusu, powrót do hotelu i łapiemy następny autobus do KL (godzinę później).  Tak czy inaczej udaje nam się potem zdążyć na przewidziany wcześniej autobus z KL do Ipoh.  Mamy niespełna półtorej godziny na przejazd z jednego dworca autobusowego na drugi (kolejka miejska z przesiadką).  Żeby nie było zbyt łatwo wysiadamy na niewłaściwej stacji (coś nam źle powiedzieli, a może źle zrozumieliśmy).  Stacja Pudu wcale nie prowadzi na dworzec autobusowy Puduraya. Trzeba było wysiąść dwa przystanki wcześniej na Plaza Rakyat! Biegiem wracamy (dziecko, walizki, schody, brak windy) i zziajani wpadamy na dworzec 15-20 minut przed planowanym odjazdem autobusu. Nici z przekąski przed dalszą podróżą, ledwo nam starcza czasu na toaletę.  Kupujemy jakieś podłe ciastka i chipsy w dworcowym sklepie.   A autobus oczywiście odjeżdża z opóźnieniem.  Murphy’s Law.

Około ósmej wieczorem docieramy do Ipoh, gdzie z ostrożności procesowej nie zarezerwowaliśmy noclegu. Nie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że uda nam się dziś tu dotrzeć.  Błąkamy się więc po ciemku z dziećmi szemraną dzielnicą tanich hoteli i za trzecim podejściem wybieramy mało wytworny pokój zwany nie wiedzieć czemu deluxe. Na jedną noc wystarczy, a od jutra pławimy się w luksusach czterogwiazdkowego hotelu w Tamah Rata.

Ipoh by night, kolacja, spacer i ... upiorna nocka. Chyba trochę przesadziliśmy: cały dzień w podróży, kilka przesiadek.  Za dużo wrażeń dla małego Aleksa.  Musi być wykończony, bo wcale nie spał za dużo w ciągu dnia (z wyjątkiem trasy Malakka-KL), ale próby położenia go spać skutkują dantejskimi scenami i potwornymi wrzaskami.  Znów próbujemy wszystkiego (jak pamiętnej pierwszej nocy w KL): chusta, żel na ząbki, pastylki na ząbki, nosidełko, huśtanie, śpiewanie.... Uff.  Dopiero koło trzeciej udaje nam się go uśpić.  A mamy w planie pobudkę o siódmej-siódmej trzydzieści, żeby zdążyć na autobus o 9.30 (którego jak się wkrótce okaże nie ma). 
 
Cóż, nauczyliśmy się jednego: nie ma co tak gonić z maluchem. Choćby się waliło i paliło trzeba w ciągu dnia wygospodarować przynajmniej z godzinkę lub dwie na leniuchowanie, mizianie, gadanie, zabawę i pieszczoty. Bez pośpiechu, bez gnania na jakiś kolejny autobus.  Tego będziemy się już trzymać do końca. A Aleks lojalnie odwdzięczy nam się lepszym humorem i spokojnym snem.  A mnie nawet uda się sięgnąć po lekturę.

No comments:

Post a Comment