Trochę byczenia się w hotelu o poranku i koło jedenastej
ruszamy z dość prostym planem: zjeść szybkie śniadanie i na dwunastą wrócić pod
hotel, gdzie jesteśmy umówieni z naszym chińskim taksówkarzem. Ma nas zawieźć
do rezerwatu słoni. Plan w sprawie śniadania dość prosty w sumie, ale okazuje
się, że wcale nie taki łatwy do zrealizowania. W końcu jest ramadan! Krążymy
chwilę po okolicy i w końcu dajemy za wygraną: wydaje się, że jedynym lokalem
gdzie można tu coś zjeść jest McDonald’s. Daniel oczywiście zachwycony.
Rezerwat słoni jest oddalony o jakieś 100 km od KL (jest w
Kuala Gandah Lanchang, Pahang). Wielka atrakcja dla Daniela, dla nas … hm. W Laosie wsiedliśmy na słonie, odbyliśmy
godzinną przechadzkę po lesie (każdy na „swoim” słoniu, łącznie z wejściem na
słoniu do rzeki). Tutaj stoi kolejka,
żeby wejść na słonia i zrobić małe kółko.
Potem następna kolejka, żeby usiąść na chwilę na słoniu w rzece i zrobić
sobie na nim zdjęcie. Biedny słoń. Siedzę w cieniu z Aleksem i przyglądam się
tej „przygodzie”. Wdaję się w miłą pogawędkę z polską rodzinką z Wrocławia.
Prawdziwa przygoda czeka nas w drodze powrotnej. Nasz
taksówkarz spotkał jakiegoś kumpla i teraz wyciska wszelkie siły ze swojego
zdezelowanego protona (marka większości taksówek w Malezji), aby go dogonić.
Samochód zaczyna się grzać. Zwalniamy, wreszcie
zatrzymujemy się przy straganie z durianami.
Wreszcie mamy okazję spróbować ten słynny owoc. Bleee. Nie polecam.
Ale wracając do naszego nieszczęsnego taksówkarza, okazuje się, że poszła jakaś rurka od chłodnicy. A jesteśmy jeszcze z 50 kilometrów od KL, na poboczu trasy szybkiego ruchu. Przy tym nieszczęsnym straganie z durianami.
Cóż, nie będziemy tu tak sterczeć, autostopu całą rodziną jeszcze nie próbowaliśmy, ale zawsze musi być ten pierwszy raz. Nie mija dziesięć minut, a zatrzymuje się nam Hindus jadący półciężarówką. Pakujemy się wszyscy do szoferki i szczęśliwie docieramy do stacji kolejki KL.
No comments:
Post a Comment