Friday, 13 July 2012

Muzeum Cheng Ho


A więc zostajemy jeszcze jeden dzień w Malace. Chcieliśmy po prostu przedłużyć nasz pobyt w hotelu w którym byliśmy (żadna rewelacja, ale po co się przeprowadzać na jedną noc), ale okazał się „fully booked”.  Mam podejrzenia, że przyczyną tego „fully booked” może być nie tylko weekend, ale nasze młodsze dziecko i jego wieczorne popisy akuastyczne (protest-songi typu: nie będę spać, nie jestem śpiący, proszę mnie jeszcze nie kłaść!!!).  Na wszelki wypadek nie będziemy wnikać. Javi loguje się za pomocą komórki na stronie agoda.com, która szybko wskazuje nam znacznie lepszy hotel w pobliżu.  W strugach deszczu zmieniamy lokum. Zakupiony wczoraj parasol (w zamierzeniu przeciwsłoneczny) dziś przydaje się na deszcz.

Bezowocny spacer do Villa Sentosa (kolonialny dom, przerobiony na muzeum), średniowocna wyprawa do najstarszego w Malezji meczetu (niewierni nie mogą wejść do środka, gdzie jednak chińska telewizja kręci jakiś program. Pewnie mają dyspensę).  Wreszcie pożywny lunch w restauracji serwującej dania z południowych Indii na wielkich bananowych liściach.  


 
Posileni udajemy się do bardzo interesującego muzeum niejakiego Cheng Ho – chińskiego podróżnika, eunucha, żeglarza i dyplomaty, wysłanego w morze przez cesarza z dynastii Ming,.  Fascynująca postać, na miarę Marco Polo i Ibn Batuty. Osiemdziesiąt lat przed Kolumbem pływał sześciokrotnie większą flotą. Wyruszył z ówczesnej stolicy Chin – Nankin i dotarł nie tylko do Malakki, ale do Indii, Afryki (Somalia i Kenia) i na Bliski Wschód (Arabia Saudyjska).  Przy tym nie podbijał lecz handlował, rozwoził lekarzy, wiedzę i nowe towary (między innymi „sprzedał” Malezji islam, pochodził bowiem z muzułmańskiej rodziny. Skąd w Chinach muzułmanie w XIV wieku? Nie mam pojęcia, muszę to sprawdzić).

Cheng Ho dowodził flotą 208 statków, z których każdy spełniał określoną funkcję (jeden przewoził wodę, inny żywność, inny z kolei spełniał funkcję obronną).  Dowodził armią blisko 30.000 ludzi, a rozmiary statków sięgały 100 metrów długości.  Wiózł jedwab, herbatę, leki.  Podróżowało z nim wielu lekarzy. Na statkach hodowano w doniczkach świeże warzywa, dzięki czemu chińscy marynarze uniknęli szkorbutu na który zapadali na morzu ich europejscy koledzy.  W muzeum stoi model jednego ze statków, na którym Cheng Ho przywiózł z Afryki żyrafę.   

Wszystko się bardzo pięknie zapowiadało (dla Cheng Ho i dla chińskiej marynarki), ale niestety kolejny cesarz zakazał zakazał dalszych wypraw morskich i usadził Cheng Ho na lądzie. Ten zaś krótko potem zmarł. 
 
To tyle o chińskim Marco Polo.  Wieczór spędzamy w Chinatown, które w piątkowe i sobotnie wieczory ożywa gdyż na ulicach rozkładają się stragany targowe z różnościami.  Są tu zabawki, herbata, zioła, przyprawy, tajskie kiełbaski i koreańskie kuleczki z kim-czi (rodzaj kiszonej kapusty na ostro) i miniośmiornicami, słodycze, lody... Mydło i powidło.

 

No comments:

Post a Comment