O ósmej rano podjeżdża po nas busik i zabiera do Taman
Negara. W busiku Niemcy i Holendrzy.
Jedna babeczka z naszego hotelu podróżująca z dorosłą córką (z daleko wzięłam
je za koleżanki!) i trzy młode parki. W drugim busiku podróżuje szwajcarska
rodzinka (dwie córeczki, jedna w wieku Daniela, druga trochę młodsza).
Trzy godziny w busiku z rajdowym kierowcą na górskich
drogach trochę nas wykończyły, ale Aleks dzielnie zniósł podróż. Tzn przespał
ją prawie całą, bo on zawsze śpi rano. Na krótkim postoju szybko go
przewinęliśmy, przygotowaliśmy butlę i dalej w drogę.
W Kuala Tembling wszystko super zorganizowane: bilet na
łódkę, wybór zakwaterowania, opłata za wejście do parku narodowego. Sympatyczne
i cierpliwe panie doradzają niezdecydowanym i udzielają dodatkowych informacji.
Trochę musimy poczekać, bo nasza łodzie w głąb dżungli
odpływają o 14, ale nie dłuży się nam zbytnio. Rozkładamy Małemu przewijak,
żeby mógł trochę rozciągnąć kości i gapimy się na brązowawą rzekę. A potem dwie godziny malowniczego rejsu w górę rzeki. Aleks trochę marudzi, ale w końcu zasypia przy piersi. A
ja razem z nim, nie pospałam ostatniej nocy. Fajnie się śpi na łódce.
Wioska Kuala Tanah okazuje się jednym wielkim butikiem
przemysłu turystycznego: hotele, pływające restauracje, naganiacze. Canopy
Walkway, Night Safari, wizyta w „autentycznej” wiosce tubylców. Wybraliśmy
trochę bardziej wypasiony hotel (z opisu, Rainforest Resort się nazywa,
szczerze odradzam). Okazał się
dramatycznie zapuszczony od czasów ostatniej wzmianki w Lonely Planet. Brud w
kątach, dziurawe zasłony, w kącie pod prysznicem jakieś włosy zeszłorocznych
gości. Fuuuj. Przepalone żarówki, górne światło w pokoju w ogóle nie działa
(pewnie żebyśmy się za bardzo nie przyglądali).
Genaralnie nie miałabym nic przeciwko temu przeciwko takim warunkom,
gdyby nie to, że ten hotel się ogłasza za jeden z bardziej luskusowych. Potem się okaże, że to typowe w tej wiosce,
popyt przewyższa podaż i nikt się przesadnie nie wysila. Szwajcarzy też ponarzekali na swój hotel. Ale
przynajmniej wybrali tańszy... A my ze względu na Małego chcieliśmy wyższy
standard. No to nam się udało. Zapłacić.
Ale dość narzekania, schodzimy na kolację do jednej z
„floating restaurants”. Obsługa super powolna, ale warto było czekać: jedzenie
pyszne! Ja wybrałam zupę tomyam, a Javi jakiś zestaw, w którym są warzywa i
wołowina. A na deser naleśnik z bananem
i czekoladą. Trochę poszaleliśmy, ale zdaje się, że nie jedliśmy dziś obiadu
(nie pierwszy i nie ostatni raz zresztą, za szybko mijają nam dni).
Aleks jak zwykle przy kolacji trochę marudny, zmieniamy
się spacerując z nim w oczekiwaniu na kolację, bo darł się, że go było słychać
na drugim brzegu rzeki. Wreszcie
podchodzi do nas tutejsza babeczka (chyba z kuchni) i chce go wziąć na ręce,
żebyśmy sobie spokojnie zjedli. Najpierw wzbraniamy się trochę (przecież nie
będziemy obcej osoby obciążać naszym ryczącym problemem), ale Aleks uśmiecha
się do niej szeroko więc przekazujemy jej uciążliwy pakunek. Który oczywiście w jej rękach cudownie się
uspokaja i zmienia się w pogodnego aniołka. Obchodzą całą barkę-restaurację
czarując ostatnich klientów przepięknym uśmiechem. No żesz. Jak ona to robi??? Cóż, sama ma czterech
synów, od 5 do 19 lat. I ogromne pokłady
cierpliwości, których nam chyba czasem brakuje.
Trochę jej zazdroszczę, ale tymczasem po prostu korzystamy z okazji i
kończymy kolację. W spokoju i błogiej ciszy, przerywanej tylko uderzeniami fal
o barkę i wesołym chichotem naszego synalka.
Poznaliśmy jeszcze miłą parkę z Dominikany. Zaliczyli już słynną Canopy Walkway, wcale
nie potrzeba do tego żadnego przewodnika po 25 czy 30 ringit od osoby. Droga
prosta jak drut.
Po obfitej kolacji penetrujemy jeszcze odległe krańce
wioski, nasłuchując pokrzykiwania małp i wracamy do naszego wypasionego
hotelu. Wbrew naszym obawom (dziecko
przespało dziś sporą część dnia, w busiku i na łódce), noc bardzo spokojna. Aleks
zasypia koło pierwszej i nie licząc jednej pobudki z przyssaniem około piątej
przesypia do rana w swoim namiociku-łóżeczku.
No comments:
Post a Comment