Cha, cha, cha. Nie chciałam zrywać się o poranku. To nieźle mi wyszło. Aleks urządził nam
pokazową nockę: koło północy udało mi się go uśpić po kwadransie spaceru w
chuście. Koło pierwszej czy drugiej znów się obudził i kolejna godzina w plecy.
I o czwartej powtórka z rozrywki. Potwór ewidentnie nie jest śpiący, chce
hasać. Więc po godzinie bezowocnych prób spacyfikowania zołzy (chusta, pierś,
huśtanie) poddajemy się i postanawiamy po prostu wstać, spakować się i złapać
ten wcześniejszy autobus. Zdaje się, że już wspominałam jak ja nie lubię rano
wstawać? Wrr.
Dodam jeszcze, że nie zdążyliśmy oddać klucza w recepcji
przed opuszczeniem hotelu, a gadzina już smacznie spała w nosidełku. Co za
złośliwiec, co za małpa!
Na przystanku lokalnego autobusu spotykamy najpierw dwie
dziewczyny: jedna z Anglii, druga z Południowej Afryki. Pracują jako nauczycielki w HongKongu i
korzystając z wakacji szkolnych podróżują po Azji. Po chwili zjawia się znana już nam z Cameron
Highlands niemiecka matka z córką o lekko azjatyckich rysach. Cóż, w końcu wszyscy turyści jedziemy tym
samym szlakiem.
Mimo wstrząsów i ostrych zakrętów Aleks spokojnie
przesypia całą trasę. Jest piątek, na
drodze spory ruch i kolorowe dekoracje.
Jak się okazuje do Taman Negara zajeżdża właśnie premier, agitować w
związku z nadchodzącymi wyborami. Któryś taksówkarz powie nam potem, że premier
nie cieszy się tu zbyt wielkim poważaniem. Podobno pozwala rządzić swojej
żonie.
Tymczasem nie dość, że piątek to jeszcze jutro zaczyna się
ramadan. Sporo ludzi podróżuje, możemy mieć problemy ze znalezieniem
przyzwoitego noclegu w miejscowościach turystycznych. Jak się wkrótce okaże
mamy nawet problemy z kupieniem biletów autobusowych – wszystko jest już „full”.
Cóż, nie będziemy się tym zbytnio przejmować, przenocujemy
tam gdzie się nam uda dziś dojechać (padło na Kuantan) i jutro będziemy
kontynuować podróż w kierunku wyspy.
W Kuantan bierzemy tylko taksówkę, żeby wyrwać się z centrum
miasta na plażę Teluk Cempedak. Tam do wyboru albo Hyatt Resort za ponad 100
euro albo dość podrzędny hostal za podrzędną cenę. A co tam, jeszcze jedną noc przeżyjemy w
podrzędnych warunkach.
Plaża nieduża i zdecydowanie nie przeznaczona dla turystyki
międzynarodowej. Prawie sami tubylcy, kąpiący się w kompletnej odzieży (nawet
faceci). Więc trudno ocenić czy można tu wskoczyć w bikini czy będzie to raczej
źle widziane. Tak czy inaczej robi się późno, jesteśmy głodni i zmęczeni, a
Aleks marudny. Więc rezygnujemy z plażowania, odbijemy sobie na wyspie. Nie mówiąc już o tym, że generalnie nie
jesteśmy miłośnikami plażowania.
Wygłodzeni nie mamy cierpliwości czekać na lokalne
smakołyki: wokół głównego ronda mamy do wyboru McDonalds’a, Burger Kinga i KFC. Idziemy do KFC. Siedzimy sobie spokojnie w
klimatyzowanym pomieszczeniu z widokiem na morze gdy do opuszczonego stolika na
tarasie przysiada się nagle… małpa. Pewnym ruchem sięga po kostkę z kurczaka i
bierze się za ogryzanie. Nikogo wokół to nie dziwi, jak się wkrótce
zorientujemy małp tutaj jak psów.
Ruszamy na małą przechadzkę i obserwujemy jak małpa
„kradnie” duże menu z McDonalds’a postawione „na chwilę” na murku przez
hinduską matkę. Kobieta boi się nawet zbliżyć do agresywnej małpy pożerającej
jej hamburgera, żeby zabrać swoją torebkę! Wreszcie jakiś dzielny młodzieniec sięga
po jej osobistą torebką i odskakuje na groźnie syknięcie małpy. Jednak udało mu
się chwycić za pasek torebki. Ależ gieroj! Torebka uratowana, ale duże menu
cieszy podniebienia małp.
Wcześnie wracamy do hotelu, bo Aleks jojczy i
marudzi. Cóż, nieźle zniósł parę godzin
podróży, teraz należy mu się porcja miziania i pieszczot, której domaga się
dość stanowczo.
Po przejrzeniu w Internecie ofert pobytu na wyspie Redang
ku której zmierzamy decydujemy się jednak na Perhentians. Na Redang przeważają pobyty „all-inclusive”,
niezbyt nam pasuje taka formuła.
No comments:
Post a Comment