Tuesday, 24 July 2012

Kota Bharu - PCB Beach

Pierwszą wodną taksówką o ósmej rano opuszczamy naszą „rajską” wyspę i udajemy się w stronę Kota Bharu (kierunek północ). Francuska sąsiadka podpowiedziała nam PCB Beach, prawdziwą oazę spokoju, z domkami o nieco lepszym standardzie niż te na wyspie i bez tysiąca Europejczyków dookoła. 

Docieramy do Perdana Resort – sporego ośrodka z prywatną plażą i basenem i wydaje nam się, że jesteśmy tu sami. Fakt, że miejsce wydaje się bardziej zorientowane na krajową turystykę, a w Malezji nie ma teraz wakacji szkolnych. Wybieramy domek około pięćdziesięciu metrów od plaży, w pierwszej linii.  Udajemy się na zupełnie puściutką plażę, potem na basen, a potem skoczymy do miasta na małe zakupy (mleko, pieluszki). I co widzimy wychodząc do miasta? Holenderska rodzinka pluskająca się w basenie! A przy recepcji z furgonetki wyładowują rowery dla kolejnej holenderskiej grupy.  No to nam się udało znaleźć oazę spokoju, z dala od szlaków turystycznych.  Tylko ci okropni Holendrzy też ją znaleźli!

Docieramy do miasta parę minut po piątej, akurat całe wygłodzone miasto udaje się coś zjeść. Więc podążamy za tłumem do stoisk z jedzeniem (przypominam, że trwa ramadan, muzułmanie poszczą od siódmej rano do piątej po południu). Wybieram smakowicie wyglądającego kurczaka z ryżem. A chłopaki rzucają się na szaszłyki. Aleks pogrążony w głębokim śnie w chuście, buzia lekko otwarta. Nie obudzi go teraz ani harmider malezyjskiego targowiska ani wystrzał z armaty. Wszyscy uśmiechają się na jego widok.





Jeszcze tylko zakup słoiczka owocowego dla najmłodszego (od dłuższego czasu jedzie na samym mleku) i ruszamy na obchód miasteczka. Wchodzimy na targ rękodzieł przeróżnych, niestety stoiska już zamknięte. A szkoda, bo region (i Malezja w ogóle) słynie z batiku-szczególnej formy uzyskiwania wzorów na tkaninach.  Tak czy inaczej gwałtownie musimy się zbierać – zauważam nagle wielką chmurę i wraz z pierwszymi kroplami deszczu udaje nam się dobiec z powrotem do supermarketu. Kończymy zakupy i taksówką wracamy do naszego ośrodka.  Akurat odpowiednio, żeby zdążyć na dzisiejszą kolację – obfity bufet jak przystało na koniec postnego dnia.


Aleks znowu robi karierę: wszystkie zakutane w czador kelnerki zachwycają się jego niebieskimi oczami. Kończy się na tym, że przekazują go sobie z rąk do rąk, zagadując i zabawiając. A my w tym czasie bez przeszkód czyścimy bufet… 








Po kolacji siadam sobie na naszym tarasie i słucham kojącego szumu fal. Tak powinny wyglądać prawdziwe wakacje. Żeby tak jeszcze lampka wina i żeby nie te komary to byłby prawie raj.  

No comments:

Post a Comment