Pierwszą wodną taksówką o ósmej rano opuszczamy naszą
„rajską” wyspę i udajemy się w stronę Kota Bharu (kierunek północ). Francuska
sąsiadka podpowiedziała nam PCB Beach, prawdziwą oazę spokoju, z domkami o
nieco lepszym standardzie niż te na wyspie i bez tysiąca Europejczyków dookoła.
Docieramy do Perdana Resort – sporego ośrodka z prywatną
plażą i basenem i wydaje nam się, że jesteśmy tu sami. Fakt, że miejsce wydaje
się bardziej zorientowane na krajową turystykę, a w Malezji nie ma teraz
wakacji szkolnych. Wybieramy domek około pięćdziesięciu metrów od plaży, w
pierwszej linii. Udajemy się na zupełnie
puściutką plażę, potem na basen, a potem skoczymy do miasta na małe zakupy
(mleko, pieluszki). I co widzimy wychodząc do miasta? Holenderska rodzinka
pluskająca się w basenie! A przy recepcji z furgonetki wyładowują rowery dla
kolejnej holenderskiej grupy. No to nam
się udało znaleźć oazę spokoju, z dala od szlaków turystycznych. Tylko ci okropni Holendrzy też ją znaleźli!
Docieramy do miasta parę minut po piątej, akurat całe
wygłodzone miasto udaje się coś zjeść. Więc podążamy za tłumem do stoisk z
jedzeniem (przypominam, że trwa ramadan, muzułmanie poszczą od siódmej rano do
piątej po południu). Wybieram smakowicie wyglądającego kurczaka z ryżem. A
chłopaki rzucają się na szaszłyki. Aleks pogrążony w głębokim śnie w chuście,
buzia lekko otwarta. Nie obudzi go teraz ani harmider malezyjskiego targowiska
ani wystrzał z armaty. Wszyscy uśmiechają się na jego widok.
Jeszcze tylko zakup słoiczka owocowego dla najmłodszego
(od dłuższego czasu jedzie na samym mleku) i ruszamy na obchód miasteczka.
Wchodzimy na targ rękodzieł przeróżnych, niestety stoiska już zamknięte. A
szkoda, bo region (i Malezja w ogóle) słynie z batiku-szczególnej formy
uzyskiwania wzorów na tkaninach. Tak czy
inaczej gwałtownie musimy się zbierać – zauważam nagle wielką chmurę i wraz z
pierwszymi kroplami deszczu udaje nam się dobiec z powrotem do supermarketu.
Kończymy zakupy i taksówką wracamy do naszego ośrodka. Akurat odpowiednio, żeby zdążyć na dzisiejszą
kolację – obfity bufet jak przystało na koniec postnego dnia.
Po kolacji siadam sobie na naszym tarasie i słucham kojącego szumu fal. Tak powinny wyglądać prawdziwe wakacje. Żeby tak jeszcze lampka wina i żeby nie te komary to byłby prawie raj.
No comments:
Post a Comment