Monday, 23 July 2012

Ostatni dzień na wyspie Perhentian

Zostajemy na jeszcze jedną noc (trzecią z kolei) na wyspie. Przeprowadzamy się za to do odrobinę obszerniejszego lokum. Za to bez okna i wciąż bez ciepłej wody… No i ponieważ nie byliśmy zdecydowani czy zostajemy czy nie to w końcu nie oddaliśmy ciuchów do prania.  Moja torba z czystymi ubraniami jest pusta. Torba z czystą bielizną podobnie.  Rzeźbienie i recycling.  No i pretekst do zakupu kiczowatej koszulki z napisem „I love Perhentian Islands” czy coś w tym guście. 

Aleks też już pachnie trochę nieświeżo (ksywka Śmierdzący Tygrysek jest jak najbardziej aktualna). Wczoraj po kąpieli w morzu wstawiłam go pod zimny prysznic, ale dzisiaj nie będę tego powtarzać. Umyje się chłopinę jutro, może już będziemy w jakimś hotelu z ciepłą wodą…
Dziś dzionek leniwy, Javi większość przesypia chowając się w cieniu, ja udaje się na małą przechadzkę z dzieciakami. Dzięki temu Aleksa też mamy z głowy – zasnął w chuście snem sprawiedliwego i śpi chyba do 14.  Tylko Daniel pełen energii i trochę się dziś z nami nudzi. Głupio trochę być tak ograniczonym terytorialnie: z jednej strony nasza plaża kończy się dżunglą (jest przejście, ale dość strome i pełne wystających korzeni, z Aleksem w nosidełku zawróciliśmy z drogi), a z drugiej kamienie.  Komunikację między plażami zapewniają taksówki wodne.  

Wypijamy litry soków ze świeżych owoców (dosłownie litry, bo w ofercie oprócz szklanki soku jest też litrowy kufel!).  



Wieczorem wychodzimy znów się przejść i cyknąć parę pamiątkowych zdjęć. Romantyczny zachód słońca i gigantyczne nietoperze zwane „flying fox” czyli latający lis. Jesteśmy w odległym krańcu naszej plaży kiedy zaczyna błyskać w oddali. Trochę niechętnie zawracamy. Jesteśmy już blisko naszej chatynki kiedy zrywa się okropny wiatr. Spadająca reklama pobliskiej reklamy leci na Aleksa. Uff. Nic się nie stało i zdążyliśmy w ostatniej chwili przed oberwaniem chmury.  W tym klimacie jak już pada to właściwie leje.

No comments:

Post a Comment