Zostajemy na jeszcze jedną noc (trzecią z kolei) na
wyspie. Przeprowadzamy się za to do odrobinę obszerniejszego lokum. Za to bez
okna i wciąż bez ciepłej wody… No i ponieważ nie byliśmy zdecydowani czy
zostajemy czy nie to w końcu nie oddaliśmy ciuchów do prania. Moja torba z czystymi ubraniami jest pusta.
Torba z czystą bielizną podobnie.
Rzeźbienie i recycling. No i
pretekst do zakupu kiczowatej koszulki z napisem „I love Perhentian Islands”
czy coś w tym guście.
Aleks też już pachnie trochę nieświeżo (ksywka Śmierdzący
Tygrysek jest jak najbardziej aktualna). Wczoraj po kąpieli w morzu wstawiłam
go pod zimny prysznic, ale dzisiaj nie będę tego powtarzać. Umyje się chłopinę
jutro, może już będziemy w jakimś hotelu z ciepłą wodą…
Dziś dzionek leniwy, Javi większość przesypia chowając się
w cieniu, ja udaje się na małą przechadzkę z dzieciakami. Dzięki temu Aleksa
też mamy z głowy – zasnął w chuście snem sprawiedliwego i śpi chyba do 14. Tylko Daniel pełen energii i trochę się dziś
z nami nudzi. Głupio trochę być tak ograniczonym terytorialnie: z jednej strony
nasza plaża kończy się dżunglą (jest przejście, ale dość strome i pełne
wystających korzeni, z Aleksem w nosidełku zawróciliśmy z drogi), a z drugiej
kamienie. Komunikację między plażami
zapewniają taksówki wodne.
Wypijamy litry soków ze świeżych owoców (dosłownie litry,
bo w ofercie oprócz szklanki soku jest też litrowy kufel!).
Wieczorem wychodzimy znów się przejść i cyknąć parę
pamiątkowych zdjęć. Romantyczny zachód słońca i gigantyczne nietoperze zwane
„flying fox” czyli latający lis. Jesteśmy w odległym krańcu naszej plaży kiedy
zaczyna błyskać w oddali. Trochę niechętnie zawracamy. Jesteśmy już blisko
naszej chatynki kiedy zrywa się okropny wiatr. Spadająca reklama pobliskiej
reklamy leci na Aleksa. Uff. Nic się nie stało i zdążyliśmy w ostatniej chwili przed
oberwaniem chmury. W tym klimacie jak
już pada to właściwie leje.
No comments:
Post a Comment