Thursday, 19 July 2012

W głębi dżungli (ale nie za głęboko)...

Nasz małowytworny hotel serwuje równie małowytworne śniadanie i wyjątkowo podłą kawę. Po tym nędznym śniadaniu ruszamy na podbój dzikiej dżungli.  Do słynnego  wiszącego mostu (Canopy Walkway) prowadzi ścieżka z metalowych szab. Można nią spokojnie przejść w klapkach albo przejechać wózkiem (wprawdzie nie mamy wózka tylko nosidło, ale gdybyśmy mieli to nie byłoby przeszkodą na tej trasie).  Po drodze udaje nam się zobaczyć parę makaków jawajskich (zwanych długoogoniastymi).  Przejście mostkiem jest oczywiście bardzo fajnym przeżyciem, ale bardziej z gatunku Disneyland niż dzika dżungla. Może pobyt z noclegiem w dżungli i wyjście poza ściśle turystyczne getto i mogłyby dostarczyć większych wrażeń, ale po dwukrotnym pobycie w dżungli amazońskiej, ta malezyjska – ponoć najstarsza na świecie – nie robi na mnie większego wrażenia.  






Po drodze zatrzymujemy się, aby przyjrzeć się makakom i nagle słyszę (po polsku): nie widzę tej małpy. Młodziutka parka podróżująca po Azji. Pierwsi Polacy napotkani podczas tej wyprawy.
Po przejściu mostka robimy jeszcze podejście do wgramolenia się na pobliskie wzgórze, ale jest trochę stromo i ślisko, trzeba przytrzymywać się lin więc zawracamy. Nie chcemy ryzykować upadku z małolatem w nosidełku. Potem okazało się, że ten pagórek (Bukit Teresik) ma raptem 344 metry. Hm, no trochę mi się głupio zrobiło, że jednak nie weszliśmy. 
Lepki upał w połączeniu z tym małym spacerem sprawia, że wracamy mokrzy, spoceni i śmierdzimy na kilometr. Aleks przyklejony do Javi’ego zyskał nową ksywkę – Śmierdzący Tygrysek.  Ale nie skarży się na nic, ani na upał ani na przezwiska. Spokojnie drzemie albo rozgląda się na boki. 
Koło czwartej wracamy do naszego do naszego wytwornego hotelu z jednym wielkim marzeniem: PRYSZNIC. CHŁODNY PRYSZNIC.  A tu dzonk: obsługa jeszcze nie zdążyła ogarnąć naszego pokoju i zmienić ręczników. Obsługa jest bowiem zajęta błąkaniem się po patio, patrzeniem na rybki w stanie i wpatrywaniem się w ekran komórki.  Śmiech na sali. 
Wieczorem leje jak z cebra więc postanawiamy zostać na kolację w naszym niezwykłym hotelu (już mi przymiotników brak, żeby go lepiej opisać). Są trzy atrakcyjne potrawy do wyboru: fried noodles, spaghetti carbonara i coś jeszcze. Napojów nie serwują, trzeba sobie kupić w sklepiku przy recepcji.
Przed kolacją odbyłam samotną wyprawę do „centrum”. Nasze parasole, w zamierzeniu przeciwsłoneczne, znów przydają się na deszcz. Miałam kupić bilety na mikrobus, który poniesie nas na Perhentian Islands, ale wróciłam z nową koncepcją.
Spotkani ponownie Szwajcarzy mówią, że na Perhentian byli 10 lat temu. I że wtedy owszem było przyjemnie, ale teraz zrobiło się zbyt turystycznie i komercyjnie. Zmierzają zatem ku wyspie Redang, trochę na południe od Perhentian. Może i my rozważymy zmianę planów? Zamiast mikrobusem do Kuala Besut możemy zatem udać się zwykłym, lokalnym autobusem (który zresztą też się okaże mikrobusem) do Jerantut, a potem się zobaczy. 
Jestem za lokalnym autobusem, głównie dlatego że odjeżdża o 9.30 (mikrobusy o 8).  Wcześniejszego autobusu o 7.30 nawet nie biorę pod uwagę.  Tak bym chciała pospać, tak nie lubię rano wstawać.  Mój perfidny plan się jednak nie powiedzie…

No comments:

Post a Comment