Nasz małowytworny hotel serwuje równie małowytworne
śniadanie i wyjątkowo podłą kawę. Po tym nędznym śniadaniu ruszamy na podbój
dzikiej dżungli. Do słynnego wiszącego mostu (Canopy Walkway) prowadzi
ścieżka z metalowych szab. Można nią spokojnie przejść w klapkach albo
przejechać wózkiem (wprawdzie nie mamy wózka tylko nosidło, ale gdybyśmy mieli
to nie byłoby przeszkodą na tej trasie).
Po drodze udaje nam się zobaczyć parę makaków jawajskich (zwanych
długoogoniastymi). Przejście mostkiem
jest oczywiście bardzo fajnym przeżyciem, ale bardziej z gatunku Disneyland niż
dzika dżungla. Może pobyt z noclegiem w dżungli i wyjście poza ściśle
turystyczne getto i mogłyby dostarczyć większych wrażeń, ale po dwukrotnym
pobycie w dżungli amazońskiej, ta malezyjska – ponoć najstarsza na świecie –
nie robi na mnie większego wrażenia.
Po drodze zatrzymujemy się, aby przyjrzeć się makakom i
nagle słyszę (po polsku): nie widzę tej małpy. Młodziutka parka podróżująca po
Azji. Pierwsi Polacy napotkani podczas tej wyprawy.
Po przejściu mostka robimy jeszcze podejście do
wgramolenia się na pobliskie wzgórze, ale jest trochę stromo i ślisko, trzeba
przytrzymywać się lin więc zawracamy. Nie chcemy ryzykować upadku z małolatem w
nosidełku. Potem okazało się, że ten pagórek (Bukit Teresik) ma raptem 344
metry. Hm, no trochę mi się głupio zrobiło, że jednak nie weszliśmy.
Lepki upał w połączeniu z tym małym spacerem sprawia, że
wracamy mokrzy, spoceni i śmierdzimy na kilometr. Aleks przyklejony do Javi’ego
zyskał nową ksywkę – Śmierdzący Tygrysek.
Ale nie skarży się na nic, ani na upał ani na przezwiska. Spokojnie
drzemie albo rozgląda się na boki.
Koło czwartej wracamy do naszego do naszego wytwornego
hotelu z jednym wielkim marzeniem: PRYSZNIC. CHŁODNY PRYSZNIC. A tu dzonk: obsługa jeszcze nie zdążyła ogarnąć
naszego pokoju i zmienić ręczników. Obsługa jest bowiem zajęta błąkaniem się po
patio, patrzeniem na rybki w stanie i wpatrywaniem się w ekran komórki. Śmiech na sali.
Wieczorem leje jak z cebra więc postanawiamy zostać na
kolację w naszym niezwykłym hotelu (już mi przymiotników brak, żeby go lepiej
opisać). Są trzy atrakcyjne potrawy do wyboru: fried noodles, spaghetti
carbonara i coś jeszcze. Napojów nie serwują, trzeba sobie kupić w sklepiku
przy recepcji.
Przed kolacją odbyłam samotną wyprawę do „centrum”. Nasze
parasole, w zamierzeniu przeciwsłoneczne, znów przydają się na deszcz. Miałam
kupić bilety na mikrobus, który poniesie nas na Perhentian Islands, ale
wróciłam z nową koncepcją.
Spotkani ponownie Szwajcarzy mówią, że na Perhentian byli
10 lat temu. I że wtedy owszem było przyjemnie, ale teraz zrobiło się zbyt
turystycznie i komercyjnie. Zmierzają zatem ku wyspie Redang, trochę na
południe od Perhentian. Może i my rozważymy zmianę planów? Zamiast mikrobusem
do Kuala Besut możemy zatem udać się zwykłym, lokalnym autobusem (który zresztą
też się okaże mikrobusem) do Jerantut, a potem się zobaczy.
Jestem za lokalnym autobusem, głównie dlatego że odjeżdża
o 9.30 (mikrobusy o 8). Wcześniejszego
autobusu o 7.30 nawet nie biorę pod uwagę.
Tak bym chciała pospać, tak nie lubię rano wstawać. Mój perfidny plan się jednak nie powiedzie…
No comments:
Post a Comment