Przybywamy
do Kuala Lumpur. Petronas Towers by
night, krótki
spacer po okolicy (oczywiście nieoczekiwanie się nam przedłużył), kolacja w
wietnamskiej knajpie.
Pierwsza noc to autentyczny koszmar za sprawą
najmłodszego... My po dwóch zarwanych nockach (pierwsza to pakowanie, druga w
samolocie) marzymy o odrobinie snu, a ta bestia wręcz przeciwnie. Ślini się i gryzie co popadnie (zęby). Uspokaja się w chuście, ale każda próba
odłożenia go do jego namiociku to ryk.
Potem nawet leżąc w naszym łóżku ryczy.
Podpieramy się nosami, stajemy na rzęsach, i zaciskamy zęby z
bezsilności. Próbujemy wszystkiego: żel
na ząbki, pastylki homeopatyczne na ząbki, chusta, śpiewanie, wierszyki,
noszenie, wreszcie telewizja. Nawet
przysypia na chwilę, ale zaraz budzi się z płaczem. Nawet Daniel się budzi chociaż normalnie nic
go nie rusza. Około trzeciej w rozpaczy
sięgamy nawet po paracetamol. Około
czwartej dochodzimy do wniosku, że gad po prostu nie chce spać. A poza tym nic mu nie dolega. Fakt, że w Hiszpanii jest dopiero dziesiąta,
miał prawo nie być śpiący. Zrozpaczeni
zaczynamy się z nim bawić (o czwartej nad ranem!) i okazało się, że o to
chodziło. Potwór zaczyna radośnie
chichotać. Zasypiamy wreszcie wszyscy
koło piątej i śpimy do trzynastej... Cóż, już widać, że pierwsze dni to będzie
walka z jetlagiem.
No comments:
Post a Comment