Malezja. Tygiel
narodowości i kultur. Mieszanka
religii. Właściwie wciąż nie wiem jak
wygląda typowy Malaj. Nazwy dzielnic
Kuala Lumpur (i innych miast Malezji) mówią same za siebie: Chinatown, Little
India. Buddyści, buddyści-taoiści, hinduiści, muzułmanie.
Nasz hotel w Kuala Lumpur mieści się na skraju Little
India i tuż obok sporego i świetnie zaopatrzonego supermarketu Hannifa. Bardzo poręcznie. Nie zerwaliśmy się dziś o
świcie więc zaczynamy odkrywanie miasta późnym popołudniem. Ruszamy na podbój Ptasiego Parku w Lake
Gardens. Kolorowe, egzotyczne ptaki
tropikalne i znajome poczciwe bociany.
Daniel woła „bocian, przynieś mi jeszcze jednego braciszka”. Uchowaj Boże!
W cieplarnianych warunkach trzymane są jajka kur. Patrzymy jak pęka jajo i wykluwa się mokry,
nieporadny pisklak. Śliczne.
Kolacja dzisiaj w pobliskiej hinduskiej knajpie i wracamy
około 23 z pięknie uśpionym maluchem.
Który oczywiście w chwili odkładania go do łóżka włącza syrenę. Nieoceniony Daniel śpiewa mu piosenkę o
Gumisiu (osito Gominola vel Gummy Bear) i Aleks uspokaja się i usypia.
Budzi się o pierwszej w nocy, wesolutki i gotowy do
zabawy. Na szczęście Daniel też jeszcze
nie przystosował się do zmiany czasu i też mu się nie chce spać. Podskakuje pokrzykując hoo-ja-ooo i Mały
chichocze głośno... Potem Javi zdesperowany pakuje malucha w nosidełko i
spaceruje wte i wewte czytając e-booka. Koło czwartej udaje mu się położyć się
z Aleksem na klacie. To i tak lepiej niż
wczoraj, może za jakiś tydzień złapiemy rytm.
Budzimy się dziś przed południem (tzn budzi nas budzik Aleks) i już koło
drugiej wychodzimy z hotelu.
No comments:
Post a Comment