Przy śniadaniu poznajemy francuską rodzinkę z trójką
dzieci. Najmłodsze ma 18 miesięcy. Są z
Paryża i też udają się do Taman Negara po zaliczeniu Cameron Highlands.
Potem bierzemy taksówkę (trafia nam się wysłużony mercedes-beczka, 25
ringit za godzinę) i ruszamy w objazd okolic.
Zaczynamy od plantacji i fabryki
herbaty BOH. Niestety, fabryka dziś stoi (nie mają dość herbacianych
liści do obrobienia) więc możemy jedynie popatrzeć na stojące maszyny – w
środku nic się nie dzieje. Obejrzeliśmy
małą wystawę, firmowy filmik propagandowy, wypiliśmy herbatę i cyknęliśmy parę
fotek malowniczych wzgórz porośniętych krzakami herbaty.
Następny etap to farma motyli i insektów, potem truskawkowe
pola, wreszcie świątynia buddyjska Sam Poh, bardzo malownicza. Jest popołudnie, nie ma dużo ludzi, jeden z
mnichów gra na flecie. Zanim wyjdziemy
rozpocznie się ceremonia. Ale głód nie wybiera: świątynia, autobus, riksza, jak
Aleks włączy syrenę to trzeba szykować butlę, gdziekolwiek byśmy nie byli...
No comments:
Post a Comment