Z trudem zwlekamy się z łóżek po tej ciężkiej nocy i około
dziewiątej zjawiamy się na lekko zapyziałym dworcu autobusowym w Ipoh, dość
uśpionym jeszcze o tej porze. Ruch zacznie się po 10-tej.
Cóż, nie bez powodu mieliśmy wątpliwości w sprawie tego
autobusu o 9.30. Nie ma go, pierwszy
odjeżdża o 11.30 (a w nim góra 8-10 osób z nami włącznie). Niewyspani spędzamy więc czarowne dwie
godziny na tym syfiastym dość dworcu autobusowym. Kukurydza z masłem na słodko
na śniadanie (wszyscy to kupują więc my też). Plus jakieś bułeczki z
kurczakiem.
Około 15, w strugach deszczu docieramy do naszego
luksusowego hotelu w górach. Od razu
decydujemy się zostać na dłużej (trzy noce zamiast dwóch), zwolnić trochę,
dopieścić Aleksa i odetchnąć świeżym powietrzem (temperatury tu znacznie znośniejsze). Spokojne popołudnie w hotelu dobrze robi nam
wszystkim, nie tylko Aleks potrzebował odrobiny relaksu.
Do tego uciekam sobie na samotną przechadzkę (w
poszukiwaniu pieluszek, słoiczków i pralni), marzyłam już o krótkiej chwili sam
na sam ze sobą, bez ogonów. Kafejka
Starbucks, trochę Internetu, zakupy, informacja turystyczna i wracam
zrelaksowana do swojej bandy.
Kolacja u Hindusa i czarowna noc: Aleks po raz pierwszy w
czasie tej wyprawy zasypia sam w swoim namiociku. Hurraaa! A mnie po raz pierwszy udało się włączyć e-booka.
Hurraaa!!!
Co więcej, mój synalek przesypia całą nockę i o mało nie
spóźniamy się na śniadanie następnego ranka (śniadanie do 10). Mija 9, 9.15, 9.30, a on wciąż śpi. Uff, chyba naprawdę był już nieludzko
zmęczony.
A u Hindusa poznaliśmy sympatyczną parę Holendrów, którzy
zachęcili nas do udania się na Wyspy Perhentians w dalszej kolejności. No, mnie
nie trzeba było zaczęcać, bo już je dawno miałam upatrzone, ale mam nadzieję,
że przekonali Javi’ego.
No comments:
Post a Comment