Sunday, 15 July 2012

Powiew świeżego powietrza na Cameron Highlands

Z trudem zwlekamy się z łóżek po tej ciężkiej nocy i około dziewiątej zjawiamy się na lekko zapyziałym dworcu autobusowym w Ipoh, dość uśpionym jeszcze o tej porze. Ruch zacznie się po 10-tej. 

Cóż, nie bez powodu mieliśmy wątpliwości w sprawie tego autobusu o 9.30.  Nie ma go, pierwszy odjeżdża o 11.30 (a w nim góra 8-10 osób z nami włącznie).  Niewyspani spędzamy więc czarowne dwie godziny na tym syfiastym dość dworcu autobusowym. Kukurydza z masłem na słodko na śniadanie (wszyscy to kupują więc my też). Plus jakieś bułeczki z kurczakiem. 

Około 15, w strugach deszczu docieramy do naszego luksusowego hotelu w górach.  Od razu decydujemy się zostać na dłużej (trzy noce zamiast dwóch), zwolnić trochę, dopieścić Aleksa i odetchnąć świeżym powietrzem (temperatury tu znacznie znośniejsze).  Spokojne popołudnie w hotelu dobrze robi nam wszystkim, nie tylko Aleks potrzebował odrobiny relaksu.

Do tego uciekam sobie na samotną przechadzkę (w poszukiwaniu pieluszek, słoiczków i pralni), marzyłam już o krótkiej chwili sam na sam ze sobą, bez ogonów.  Kafejka Starbucks, trochę Internetu, zakupy, informacja turystyczna i wracam zrelaksowana do swojej bandy. 
Kolacja u Hindusa i czarowna noc: Aleks po raz pierwszy w czasie tej wyprawy zasypia sam w swoim namiociku.  Hurraaa!  A mnie po raz pierwszy udało się włączyć e-booka. Hurraaa!!!

Co więcej, mój synalek przesypia całą nockę i o mało nie spóźniamy się na śniadanie następnego ranka (śniadanie do 10).  Mija 9, 9.15, 9.30, a on wciąż śpi.  Uff, chyba naprawdę był już nieludzko zmęczony.

A u Hindusa poznaliśmy sympatyczną parę Holendrów, którzy zachęcili nas do udania się na Wyspy Perhentians w dalszej kolejności. No, mnie nie trzeba było zaczęcać, bo już je dawno miałam upatrzone, ale mam nadzieję, że przekonali Javi’ego.

No comments:

Post a Comment