W strugach deszczu opuszczamy Kuala Lumpur. Widząc gigantyczny korek ochoczo dopłacamy
taksówkarzowi, żeby ekspresowo dowiózł nas na dworzec autobusowy. O 13 odjeżdżamy do Malakki – dawnego
portugalskiego portu, centrum handlu w regionie.
Zarezerwowany hotel w Malace lekko nas rozczarował. Miał być „ideal for family and business”,
tymczasem okazuje się bardzo „basic”.
Ale co tam, dwie nocki tylko, nie będziemy wydziwiać.
Postanawiamy
zacząć od przejeżdżki, aby zyskać orientację w terenie. Ruszamy w dwie „triksze” – Javi z Aleksem i
ja z Danielem. Pierwszy przystanek w
chińskiej świątyni buddyjskiej, drugi w wiosce Kampung Chitty (coś w rodzaju
żywego muzeum – osiedle domków Perenakan, z ludźmi przebranymi w stroje
ludowe). Tutaj mała przygoda. Aleks posila się spokojnie mlekiem w trikszy,
a potem .... hmm.
Nie wiem czy to ta nowa pieluszka, trochę mniej chłonna
czy po prostu odwalił kawał większej roboty, ale musimy zacząć wizytę w jednym
z domków od wielkiego czyszczenia i przebierania.
Wracając z przejażdżki natykamy się na hiszpańską (a
właściwie katalońską) rodzinkę: Christian (fotograf), Nuria (żona fotografa) i
Pau (ośmiolatek). Sympatyczna rodzinka planuje dłuższy pobyt w Malezji. Daniel
i Pau szybko złapali kontakt i umawiamy się na wspólną kolację, a potem na
przejażdżkę statkiem następnego dnia.
Podoba nam się ta Malakka, rozmiar do ogarnięcia, wyluzowana atmosfera, Chinatown
i Little India jak wszędzie chyba w Malezji.
No comments:
Post a Comment