Wednesday, 11 July 2012

Dość stolicy, udajemy się do Malakki!


W strugach deszczu opuszczamy Kuala Lumpur.  Widząc gigantyczny korek ochoczo dopłacamy taksówkarzowi, żeby ekspresowo dowiózł nas na dworzec autobusowy.  O 13 odjeżdżamy do Malakki – dawnego portugalskiego portu, centrum handlu w regionie.  

Zarezerwowany hotel w Malace lekko nas rozczarował.  Miał być „ideal for family and business”, tymczasem okazuje się bardzo „basic”.  Ale co tam, dwie nocki tylko, nie będziemy wydziwiać.  

Zostawiamy bagaże i idziemy w stronę Chinatown.  Na Time Squere lokalną atrakcją są „triksze” czyli trójkołowe riksze, ozdobione na wszelkie możliwe sposoby, ze światełkami i muzyką.



Postanawiamy zacząć od przejeżdżki, aby zyskać orientację w terenie.  Ruszamy w dwie „triksze” – Javi z Aleksem i ja z Danielem.  Pierwszy przystanek w chińskiej świątyni buddyjskiej, drugi w wiosce Kampung Chitty (coś w rodzaju żywego muzeum – osiedle domków Perenakan, z ludźmi przebranymi w stroje ludowe).  Tutaj mała przygoda.  Aleks posila się spokojnie mlekiem w trikszy, a potem .... hmm. 



Nie wiem czy to ta nowa pieluszka, trochę mniej chłonna czy po prostu odwalił kawał większej roboty, ale musimy zacząć wizytę w jednym z domków od wielkiego czyszczenia i przebierania. 
Wracając z przejażdżki natykamy się na hiszpańską (a właściwie katalońską) rodzinkę: Christian (fotograf), Nuria (żona fotografa) i Pau (ośmiolatek). Sympatyczna rodzinka planuje dłuższy pobyt w Malezji. Daniel i Pau szybko złapali kontakt i umawiamy się na wspólną kolację, a potem na przejażdżkę statkiem następnego dnia.  Podoba nam się ta Malakka, rozmiar do ogarnięcia, wyluzowana atmosfera, Chinatown i Little India jak wszędzie chyba w Malezji.

No comments:

Post a Comment