Saturday, 7 July 2012

Wyruszamy!



Jak zawsze wszystko na ostatnią chwilę.  Jeszcze ostatnie zakupy, pakowanie w nocy, ogarnięcie chaty (w czasie naszej nieobecności mamy gości).  Plan żaden, przewodnik praktycznie nietknięty.  Może w samolocie przejrzymy jak się da.  W nocy z piątku na sobotę kładę się po trzeciej, o czwartej budzi mnie głodny ssak, który potem nie chce zasnąć.  Około piątej udaje mi się zasnąć, zostają dwie godziny snu.  Ale co tam, najważniejsze, że już jesteśmy znowu w drodze!

Tak wygląda wyposażenie najmłodszego członka rodziny: 






W płóciennej torbie trochę ciuchów, a oprócz tego pieluszki, mleko, butelki, kremy.  Czapeczka z daszkiem i już. A w takim namiociku (po złożeniu mała paczuszka o wadze 1,5 kg, w tym materac) będzie sypiał:



W sumie udało nam się spakować w dwa plecaki na kółkach o wadze jedenaście kilogramów każdy (dwójka dorosłych i dwójka dzieci).


Jedziemy samochodem do Madrytu, skąd o 14.20 wylatujemy do Dubaju.  Prawie siedem godzin lotu, trzy godziny na lotnisku w Dubaju i kolejne siedem godzin do Kuala Lumpur.  Aleks przespał prawie całą drogę samochodem do Madrytu. Obudził się pod koniec, ale bez ryków, gawędził sobie i chichotał.  

Lot do Dubaju też minął spokojnie. Daniel zajęty grami na samolotowej konsoli.  Aleks najpierw trochę pospał w swojej podniebnej kołysce, a potem trochę pobrykał. Linie Emiratów Arabskich są generalnie przyjazne dzieciom, dostaliśmy mnóstwo prezentów zarówno dla starszego jak i młodszego dziecka.  Nie będę porónwywać z Ryanairem... 


Obok nas siedzi Japonka podróżująca sama z dwoma synkami: 2 i 4 lata.  Mistrzostwo świata.  W czasie kiedy uspokaja młodszego, starszy dość sprawnie i samodzielnie zabrał się za jedzenie, ale zasnał w pół kęsa.  Bez marudzenia i bez płaczu.  Dzielna kobietka, umęczona strasznie, ale spokojna i opanowana. 
Do Dubaju przylatujemy około pólnocy i wita nas trzydziestopięciostopniowy upał... Niesamowite, nawet nie chcę myśleć jaka temperatura jest tu w południe. 
 

No comments:

Post a Comment