Jak zawsze wszystko na ostatnią chwilę. Jeszcze ostatnie zakupy, pakowanie w nocy, ogarnięcie chaty (w czasie naszej nieobecności mamy gości). Plan żaden, przewodnik praktycznie nietknięty. Może w samolocie przejrzymy jak się da. W nocy z piątku na sobotę kładę się po trzeciej, o czwartej budzi mnie głodny ssak, który potem nie chce zasnąć. Około piątej udaje mi się zasnąć, zostają dwie godziny snu. Ale co tam, najważniejsze, że już jesteśmy znowu w drodze!
Tak wygląda wyposażenie najmłodszego członka rodziny:
W płóciennej torbie trochę ciuchów, a oprócz tego pieluszki, mleko, butelki, kremy. Czapeczka z daszkiem i już. A w takim namiociku (po złożeniu mała paczuszka o wadze 1,5 kg, w tym materac) będzie sypiał:
W sumie udało nam się spakować w dwa plecaki na kółkach o wadze jedenaście kilogramów każdy (dwójka dorosłych i dwójka dzieci).
Jedziemy samochodem do Madrytu, skąd o 14.20 wylatujemy do
Dubaju. Prawie siedem godzin lotu, trzy
godziny na lotnisku w Dubaju i kolejne siedem godzin do Kuala Lumpur. Aleks przespał prawie całą drogę samochodem do
Madrytu. Obudził się pod koniec, ale bez ryków, gawędził sobie i
chichotał.
Lot do Dubaju też minął spokojnie. Daniel zajęty grami
na samolotowej konsoli. Aleks najpierw
trochę pospał w swojej podniebnej kołysce, a potem trochę pobrykał. Linie
Emiratów Arabskich są generalnie przyjazne dzieciom, dostaliśmy mnóstwo prezentów
zarówno dla starszego jak i młodszego dziecka.
Nie będę porónwywać z Ryanairem...
Obok nas siedzi Japonka podróżująca sama z dwoma synkami:
2 i 4 lata. Mistrzostwo świata. W czasie kiedy uspokaja młodszego, starszy
dość sprawnie i samodzielnie zabrał się za jedzenie, ale zasnał w pół
kęsa. Bez marudzenia i bez płaczu. Dzielna kobietka, umęczona strasznie, ale
spokojna i opanowana.
Do Dubaju przylatujemy około pólnocy i wita nas
trzydziestopięciostopniowy upał... Niesamowite, nawet nie chcę myśleć jaka
temperatura jest tu w południe.
No comments:
Post a Comment