Uff. Po miłym i spokojnym dniu lekko upiorna nocka (nie
wiedzieć czemu, zupełnie wbrew ustalonym dotąd regułom). Aleks z trudem zasypia
koło północy, a potem budzi się co dwie godziny: o drugiej, o czwartej. Za to po szóstej, kiedy już musimy się
zbierać, on oczywiście śpi w najlepsze i nawet powieką nie ruszy kiedy zapalamy
światło, pakujemy się, przekładamy go na łóżko, żeby spakować jego namiocik…
Wrr.
Śniadanie w biegu i ruszamy na lotnisko. 0koło 10.30 już jesteśmy znów w Kuala Lumpur.
Zostawiamy bagaż w hotelu i ruszamy w miasto. Poczta, wczesny lunch i ruszamy
do Muzeum Sztuki Islamskiej. Po wyjściu
z muzeum „łapie” nas chiński taksówkarz i koniecznie chce nas zawieźć na
oglądanie świetlików. To gdzieś poza
Kuala Lumpur więc już nam się nie chce dzisiaj, ale umawiamy się na jutro na
wyprawę do rezerwatu słoni (Elephant’s Sanctuary).
Upewniam się jeszcze czy nie jest
muzułmaninem (jest Chińczykiem więc nie wygląda na muzułmanina, ale tu taka
mieszanka, że nigdy nic nie wiadomo). Na
szczęście jest buddystą. Nie żebym miała
coś przeciwko muzułmanom, ale nie chciałabym żeby wiózł nas w dalszą trasę
staruszek, który cały dzień nic nie je i nie pije z racji ramadanu (już to
przechodziliśmy w drodze do Kuala Besut i trochę martwiłam się o nasze
bezpieczeństwo).
Tymczasem sympatyczny Chińczyk podrzuca nas do najbliższej
stacji kolejki, a my ruszamy na wieżę Menara podziwiać panoramę miasta i widok
na wieże Petronas w szczególności.
Aleks chyba miał dzisiaj za dużo wrażeń, bo robi się już
trochę marudny (cóż, lot z Kota Bharu do KL, muzeum, wieże. To chyba dość sporo
dla malucha, nawet dla takiego globtrottera).
Na dodatek zabrakło porcji leniuchowania i pieszczot. Więc po zaliczeniu widoczków wracamy do
hotelu i już nawet nie wychodzimy na kolację.
Dzieci padnięte, Javi idzie kupić coś na wynos i zostajemy w hotelu.
Prawie sami, bo zmęczone dzieciaki odpłynęły dość szybko.
No comments:
Post a Comment