Dziś wypożyczamy sprzęt (tzn maski i fajki) do nurkowania i trochę przyjaźniejszym okiem patrzymy na tę wyspę. No, obiektywnie rzecz biorąc to ona NAPRAWDĘ musiała być ładna zanim ją tak fatalnie i pasożytniczo zagospodarowano.
Spotykamy rodzinkę z Andaluzji: mama, dwie ciotki i chłopiec niewiele starszy od Daniela. Mama wygląda na odważną podróżniczkę – 10 lat temu była w Kambodży, jeszcze prawie pod obstrzałem.
Aleks po raz pierwszy zalicza kąpiel w morzu. No pięknie. Mieszkamy nad brzegiem Morza Śródziemnego, a Mały przechodzi swój „chrzest” morski w wodach Morza Południowochińskiego…
Po południu opływamy statkiem klasyczne miejsca do nurkowania: stada kolorowych rybek, żółwie wodne i rafa koralowa.
Nie udaje nam się zobaczyć małych rekinów, ale i tak jest przyjemnie.
Tylko zajęci smarowaniem dzieci i chronieniem przed słońcem i wiatrem Aleksa, zapominamy o sobie. Uff, ależ się zjaraliśmy. Plecy i tylna część nóg obmywana morzem przy nurkowania złapały kolorek błyskawicznie. Intensywnie czerwony jest to kolorek, piecze jak cholera! No to spędzamy wieczór na okładaniu się mokrymi ręcznikami i smarowaniu.
Kolacja w sąsiednim ośrodku (grillowane rybki).
Dzieci zmęczone wrażeniami zasypiają przy kolacji – Aleks położony na dwóch zestawionych krzesełkach, a Daniel na siedząco, oparty o stół. I znów mamy spokojną nockę. Nie licząc pieczenia i dalszego okładania się mokrymi ręcznikami i smarowania kremami…
No comments:
Post a Comment